W dobie TikToka, gdzie jedno trzydziestosekundowe audio bezwzględnie zastępuje drugie w bardzo krótkim czasie, Yassno oferuje bogaty w doznania mikroświat. Zespół podtrzymuje melomańską tradycję drobiazgowego zaangażowania się w dzieło. Czy zaproponowana przez nich alternatywa jest w stanie przykuć uwagę współczesnego słuchacza?
Yassno na starcie oświadcza wprost: to nie album, to zapis jednego momentu. Nie ma w nim miejsca na żadne korekty, bowiem w swoim zamierzeniu jest nieidealny. To właśnie jego niedoszlifowanie czyni go tak satysfakcjonującym wydaniem. Nagrany na żywo w warszawskim klubie Metal Cave, jednym ciągiem, bez zbytecznych zawahań ani przerw, pokazuje symbiozę wszystkich członków zespołu i to, jak każdy z nich doszczętnie angażuje się w kolejne warstwy melodyczne. Nawet jeżeli gdzieniegdzie między riffami pojawiają się zawahania i niedociągnięcia, to dzięki pracy zespołowej na pierwszy rzut oka jest to dla odbiorcy niedostrzegalne. Później stają się one już tylko ujmującymi ozdobnikami, dla których tym bardziej się powraca.

Sposób powstawania „Synesthesia” automatycznie przełożył się również na najlepszą metodę jego odbioru. Wyodrębnienie konkretnych utworów z ich albumu-matki przyczyniłoby się do utraty ich kontekstu, a co za tym idzie, pogubienia się w ich doświadczaniu. Tego krążka powinno się słuchać w całości, od deski do deski, bo tylko wtedy przynosi to pełnię zrozumienia zawartego na nim materiału. W tej metodyce nie tylko Yassno, ale i pozostali muzycy nurtów progresywnych zdają się pozostawać niewzruszeni, co dobrze wróży w porównaniu z wciąż zjadającymi własny ogon i rywalizującymi o pięć minut sławy mikrotrendami, sięgającymi coraz to kolejnych gatunków muzycznych.
Zobacz też: Na wschód i zachód – Cheap Tobbaco z nową płytą
Także dobór tytułu albumu jest niezwykle trafny i zasadny. Nawet jeżeli słuchacz nigdy nie doświadczył tego niezwykłego zjawiska, jakim jest synestezja, z pewnością tutaj uda mu się przeżyć choćby jej namiastkę. Sugestie co do interpretacji albumu pojawiają się już w dedykowanych każdemu utworowi okładkach i tytułach. Poszczególne kompozycje są jednak na tyle żywe i barwne, że same w sobie stanowią szczegółowy opis konkretnych sytuacji, nie musząc nikomu tego nadmiernie udowadniać. Finalnie, ostateczne wyciągnięcie wniosków pozostaje w rękach odbiorcy.
Choć większość utworów na płycie ma dość przewidywalną budowę – cichy początek jako moment przygotowania do zmiennych i eksplozywnych struktur – to jednak każdy utwór przedstawia ją w innych odcieniach. Przykładowo, otwierające album „Entropy” angażuje odbiorcę spokojnym, stonowanym motywem, by za niedługo przeobrazić się w bardziej witalną, acz nadal melancholijną kompozycję. Jeszcze bardziej bezpardonowe w tym sensie okazują się utwory pokroju „Eggplanting” czy „Storm”, które choć rozwijają się niepozornie, nadal skrywają gdzieś na starcie cień szaleństwa. W tej przeplatance na szczególne wyróżnienie zasługuje „Waterfall of the Sun”, będące niemal kwintesencją dominujących na krążku motywów muzycznych, a więc stające się przez to swoistym epicentrum albumu. Godny pochwały jest fakt, że pomimo emocjonalnej burzy, jaką przynoszą kolejne soniczne transformacje, „Synesthesia” ani na moment nie przestaje być fascynującą płytą. Wręcz przeciwnie, powodują one, że słuchacz ze zniecierpliwieniem wyczekuje kolejnego zwrotu akcji.
Album zaczyna stopniowo zwalniać wraz z pierwszymi dźwiękami „December”. Jest to najdłuższy utwór tego krążka, a jednak żadna jego nuta nie wydaje się być zbędna. Jest wręcz potrzebna, by odpowiednio wywieść słuchacza z niestabilnego gruntu i doprowadzić go do zakończenia. Po grudniowych zawirowaniach pojawia się „Preventing Suicide”, czyli pozornie wyważona, lecz przepełniona dramatem i intrygą kompozycja, a na sam koniec, jako zwieńczenie całokształtu, przychodzi wchodzące w mroczne tonacje „Output”, pozostawiające po sobie pewną nutę niepokoju, niczym klasyczny cliffhanger, zmuszający odbiorcę do wypatrywania następnego kroku.
Członkowie zespołu przyznali, że z początku nie mieli nawet w zamiarze pokazywać światu „Synesthesii”, a poszczególne utwory zostały utworzone z improwizacyjnych skrawków jako eksperymenty. Na szczęście Yassno zmienili zdanie co do planów wydawniczych, czego rezultatem jest ta wieloaspektowa płyta. Pozostaje tylko pogratulować zespołowi tak udanego debiutu i wypatrywać od nich kolejnych wieści. O tych i innych ich działaniach można posłuchać w naszym wywiadzie z grupą.
[Fot. wyróżniająca: materiały prasowe]
