Kino

25 listopada 2021 | Maria Nowak

0

Akceptacja, samotność i zemsta – czyli kino koreańskie w Warszawie

Kultura Korei Południowej opanowała cały świat i wcale nie zamierza zwalniać. Youn Yuh-Jung, Lee Jung-Jae i Lee Isaac Chung obecnie, to właśnie o nich mówi się najwięcej w świecie kina. Jakie wrażenie wywarli na polskiej publiczności podczas 7. Warszawskiego Festiwalu Filmów Koreańskich?

Muzyka, kuchnia, literatura i w końcu kino. Kultura koreańska w ostatnich latach opanowała te sfery, szczególnie w Europie i Stanach Zjednoczonych. Niemal wszyscy słyszeli dziś o koreańskim zespole BTS, próbowali słynnego kimchi, czy oglądali oscarowe filmy ParasiteMinari. Z zaciekawieniem obserwuję tę rosnącą popularność i cieszy mnie to, że w Polsce coraz więcej mówi się o koreańskim przemyśle filmowym. W listopadzie dzięki 7. edycji Warszawskiego Festiwalu Filmów Koreańskich razem z innymi pasjonatami kina miałam okazję zobaczyć poruszające obrazy, które dzięki mojej uciesze, wysiliły moją wyobraźnię i pozwoliły na niecodzienne refleksje życiowe.

Tegoroczny program festiwalu składał się z trzech sekcji: odkrycia i wydarzenia festiwali, koreańskie hity oraz Youn Yuh-Jung – retrospektywa. Wydarzenie odbywało się w formie hybrydowej, co ułatwiło uczestnictwo osobom, które nie mogły dostać się na początku listopada do Warszawy. Widzowie mogli zobaczyć 10 wyjątkowych filmów. Choć nie udało mi się obejrzeć wszystkich, kilka zapadło mi w pamięć.

Pierwszym z nich był I zbaw nas ode złego w reżyserii Hong Won-Chana. To właśnie w nim jedną z tytułowych ról gra Lee Jung-Jae, obecnie szerszej widowni znany jako gracz 456 z bijącego rekordy popularności serialu Squid Game. Film opowiada o płatnym zabójcy, który postanawia zakończyć swoją dotychczasową ścieżkę zawodową i przejść na emeryturę. Z dnia na dzień dowiaduje się jednak, że kobieta, w której niegdyś był zakochany, nie żyje. Przed śmiercią próbowała się jednak z nim skontaktować, by poprosić o pomoc. Czy In-nam postanowił spełnić jej prośbę i czy jest w stanie oddać życie za drugiego człowieka? O tym należy się przekonać osobiście, zagłębiając się dalej w fabułę. I zbaw nas ode złego, zapewnia dobrą rozrywkę, szczególnie miłośnikom krwawych scen wzbogaconych imponującą umiejętnością posługiwania się nożem i bronią. W niektórych momentach powoduje śmiech, w innych z kolei wprowadza widza w przygnębienie i smutek. Nie jest to film, który zmusza do refleksji nad swoim życiem i powoduje, że nie można w nocy zasnąć. Jednak zapewnia adrenalinę, szybką akcję i przede wszystkim dobrą grę aktorską. Hwang Jung-Min idealnie sprawdził się w głównej roli. Niemal w każdej scenie nie da się oderwać wzroku od jego oczu, które jednocześnie wyrażają rozpacz, ale i determinacje. Zupełnym przeciwieństwem jest zaś jego partner na ekranie Lee Jung-Jae. Bije od niego wściekłość i natychmiastowa chęć zemsty, a jego urok dopełnia fascynująca garderoba, niemal żywcem wyjęta z muzycznych teledysków z wczesnych lat dwutysięcznych. Hong Won-Chan zapewnił widzom dobre kino sensacyjne, do którego można wrócić w wolny piątkowy wieczór.

W sekcji odkrycia i wydarzenia festiwali moją uwagę przykuły dwa tytuły. Pierwszym z nich jest film pt. Trzy siostry w reżyserii Lee Seung-Won. Na ekrany kin wszedł w styczniu tego roku i mogę potwierdzić, że nie jest to obraz pozostawiający widza w dobrym humorze. Jak można domyślać się po tytule, historia skupia się na trzech siostrach. Wraz z biegiem fabuły poznajemy ich życie. Oglądamy ich domy, dowiadujemy się, gdzie pracują i jak duże mają rodziny. Z czasem rozszyfrowujemy ich problemy emocjonalne i wiemy dokładnie, z czym sobie nie radzą. Jednak, czy możliwe jest poznanie człowieka, znając tylko jego obecne życie? Czy mamy prawo oceniać innych bazując na ich zachowaniu i nie wiedząc, jaki ciężar z dzieciństwa mogą za sobą nieść? Czy życie jest sprawiedliwe? Czy nie wszyscy zasługujemy na szczęście? Jak wyzbyć się traum z dzieciństwa? Jak żyć, wiedząc, że nie jest się kochanym? Właśnie z takimi pytaniami zostajemy po seansie Trzech sióstr. Nie jest to łatwe kino, ale z pewnością zmusza do refleksji. Choć pierwsza część filmu wydaje się nieco ciągnąć i momentami nużyć, to druga wprawia niemal w osłupienie. To, co jest najbardziej wartościowe w filmie Lee Seung-Won, to jego uniwersalność. Niestety wiele osób będzie mogło odnaleźć historię swojego życia w losach tytułowych trzech sióstr. Równocześnie jednak dowie się, że siostrzeństwo, braterstwo, czy po prostu przyjaźń, mogą nam dać bardzo wiele i pomóc iść dalej.

Kolejnym tytułem z tej sekcji jest film pt. Samotnicy. Koreańska reżyserka Hong Seong-Eun przedstawia w nim historię Jiny, tak przynajmniej wydaje się podczas pierwszych minut. Z czasem jednak dociera do nas, że nie chodzi tutaj o pokazanie życia głównej bohaterki, a zupełnie o coś innego. W Korei Południowej istnieje takie określenie jak holojok, tłumaczone jako holo (samotny) i jok (grupa). Opisuje ono osoby, które świadomie wybierają samotne życie. Można byłoby przedstawić je w czterech prostych słowach: pobudka, praca, posiłek, sen. W głowie odbiory pojawia się więc pytanie czy takie życie w pełni satysfakcjonuje główną bohaterkę? Czy bolesne doświadczenia z przeszłości kierują jej teraźniejszością? Tego wszystkiego można dowiedzieć się podczas seansu. Patrząc na główną aktorkę Gong Seung-Yeon, prawie w każdej scenie da się odczuć jej samotność, która jest tak mocno wyczuwalna, że niemal nas przenika. Choć w pierwszych minutach filmu może ona nieco drażnić, to jednak z czasem zaczyna się jej współczuć. Choć z seansu wyszłam jednocześnie z uczuciem irytacji, jak i głębokiego współczucia oraz tego, co mnie najbardziej zaskoczyło zrozumienia. Właśnie to chciała przekazać w swojej produkcji Hong Seong-Eun uniwersalność. Nie ma znaczenia czy urodziliśmy się w Korei Południowej, Polsce, Norwegii, czy Kanadzie. Wszyscy możemy odczuwać samotność, smutek, czy też po prostu przygnębienie codziennym życiem. Nie oznacza to jednak, że jesteśmy w tym sami i nic nie możemy z tym zrobić. Czasami wystarczy jedno zdarzenie, jeden gest, czy nowo napotkana osoba, by zmienić tok myślenia. Jedno jest pewne Samotnicy, to film o nas. O współczesnych pokoleniach, ich problemach, udrękach i codziennym życiu, które przecież nie zawsze wygląda tak jak w marzeniach z dzieciństwa.

Nie będę ukrywać, że podczas 7. edycji Warszawskiego Festiwalu Filmów Koreańskich najbardziej podekscytowana byłam sekcją poświęconą w pełni Youn Yuh-Jung. Pierwszy raz na dużym ekranie miałam okazję oglądać ją oczywiście w filmie Minari. Z pewnością jest on znany, przede wszystkim miłośnikom gali oscarowej. To właśnie za rolę w tej produkcji Youn Yuh-Jung zdobyła Oscara co trzeba zaznaczyć – jako pierwsza w historii koreańska aktorka. Przedstawiła ona swoją postać w sposób naprawdę wyjątkowy, biorąc pod uwagę jak postrzegane są kobiety, od których wymagana jest nienaganna rola babci. Jednak nie na Minari chciałabym się dzisiaj skupić. Drugoplanową rolę Youn Yuh-Jung zagrała również w filmie Szczęściara Chan-sil. Sama informacja na temat reżyserki już zachęciła mnie do seansu. Jest to bowiem debiut Kim Cho-Hee, która przez lata pracowała jako producentka, współpracując z gwiazdą koreańskiego kina niezależnego Hongiem Sang-Soo. Postanowiła samodzielnie zrealizować swój pierwszy obraz i opowiedzieć w nim o swojej pracy. Jednak nie jest to produkcja, która wyjawia pikantne szczegóły świata filmowego. Już w pierwszych scenach umiera reżyser – współpracownik tytułowej Chan-sil. W związku z tym zostaje ona pozbawiona pracy i środków do życia. Nie ma doświadczenia w innym zawodzie, nie założyła rodziny i nie posiada mieszkania. Wszystko to oznacza, że musi wywrócić swoje życie do góry nogami. Wynajmuje pokój u starszej pani, którą gra właśnie Youn Yuh-Jung i z czasem się z nią zaprzyjaźnia. Poznaje również młodego reżysera filmów krótkometrażowych. Jednak wszystkie zawirowania w życiu sprawiają, że nie do końca wie, co ze sobą zrobić. Szczęściara Chan-sil, to bardzo ciepła produkcja opowiadająca o kobiecie, która zmaga się z chwilowymi trudnościami i życiem w patriarchalnym społeczeństwie. Pokazuje, jak normalnym zjawiskiem jest spadek formy psychicznej, jak sobie z tym radzić i jak ważne jest posiadanie przyjaciół. Ciekawe ujęcia i piękne zdjęcia wprowadzają dodatkowo w nostalgiczny nastrój. Pojedyncze sceny swoim urokiem kradnie również wspomniana wcześniej Youn Yuh-Jung. Jest jak nieco dziwna, ale ciepła i miła ciocia, która jednocześnie potrafi pocieszyć, ale i zrugać. Reżyserka Kim Cho-Hee pokazała w swoim debiucie nie tylko życie osób z branży filmowej, ale przede wszystkim historię kobiety, która musi dokonać wielu ważnych zmian, mając czterdzieści lat. Myślę, że wielu widzów potrafiło się utożsamić z Chan-sil, ale też zrozumieć, że wiek, nie musi wyznaczać konkretnych etapów życiowych i każdy może podążać swoją ścieżką.

Ostatnim filmem, który miałam okazję zobaczyć na festiwalu, nosi tytuł Bachusowa Pani. Za reżyserię obrazu odpowiada E J-Yong, który zdecydował się na przedstawienie w swojej produkcji życie starszych osób w Korei Południowej. Od razu zaznaczam, że nie jest to łatwy film, ale zdecydowanie warty zobaczenia. Główną rolę gra w nim wspomniana wcześniej Youn Yuh-Jung. Jej postać poznajemy już w pierwszych scenach i od razu wzbudza ona zainteresowanie. Tytuł filmu pochodzi od napoju energetycznego Bacchus sprzedawanego w Korei Południowej. Bohaterka So-Young w jednym z seulskich parków proponuje go napotkanym mężczyznom w zamian za płatne usługi seksualne. Jednak jej życie zmienia się w momencie, kiedy postanawia zaopiekować się chłopcem filipińskiego pochodzenia. Po drodze napotyka oczywiście na różne przeszkody. Należy zaznaczyć, że prostytucja jest w Korei Południowej nielegalna. Mimo wszystko sytuacja starszych osób jest na tyle trudna, że imają się one różnych prac, by tylko się utrzymać. So-Young dzieli mieszkanie z osobami, które również zostały wykluczone ze społeczeństwa, ponieważ nie spełniały 'ustalonych wymogów’. Jak potoczy się życie bohaterki? Jaka jest jej przeszłość? Czy praca prostytutki musi być postrzegana tylko w sposób negatywny? Odpowiedzi na te pytania można odnaleźć podczas seansu. Bachusowa Pani to z jednej strony trudny film, pokazujący osoby odtrącone przez społeczeństwo, a z drugiej aż bije z niego uczucie pełnej akceptacji. Wszyscy bohaterowie w pełni się akceptują, nie krytykują swoich wyborów i starają się być dla siebie wsparciem. E J-Yong w bezkrytyczny sposób pokazał życie starszych osób w Korei Południowej. Co więcej, zwrócił uwagę również na to, że każdy z nas ma prawo do podejmowania własnych decyzji, uczenia się na błędach i po prostu życia na własnych zasadach. Choć Bachusowa Pani, to film z 2016 roku idealnie wpasowuje się również w obecne problemy społeczeństwa nie tylko koreańskiego, ale nas wszystkich.

7. edycja Warszawskiego Festiwalu Filmów Koreańskich na długo zostanie w mojej pamięci. Każdy z opisanych przeze mnie filmów był warty zobaczenia. Nie spodziewałam się, że wyjdę z seansów, mając w głowie tyle przemyśleń. To był bardzo ciekawy tydzień pośród koreańskiej kinematografii. Z pewnością w przyszłości wrócę do niektórych filmów i z niecierpliwością czekam na kolejną edycję.

Więcej szczegółów na temat wydarzenia dostępnych jest na stronie Korean Cultural Center oraz na Facebooku.

[foto: oficjalne grafiki wydarzenia]

Tagi: , ,




Back to Top ↑

26748935