Radio Sfera UMK

Gramy swoje, po studencku!

Antrakt w rytmie muzyki [RECENZJA]

Spektakl „Nie Opuszczaj mnie” w wykonaniu teatru Antrakt miał swoją oficjalną premierę w połowie czerwca zeszłego roku. Niedawno artyści upublicznili oficjalny soundtrack widowiska.

Nie Opuszczaj Mnie jest spektaklem tanecznym, więc nie mogło się obejść bez towarzyszącego mu podkładu muzycznego. Odpowiada za niego para toruńskich muzyków: Tomek MisiakFilip Figiel. Cała ścieżka dźwiękowa składa się głównie z ambientów i podobnych im instrumentali. Chciałbym od razu zaznaczyć, że nie będę oceniać tego jak muzyka została użyta w spektaklu. Przyglądam się jej jako osobnemu tworowi muzycznemu.

Album otwiera bardzo krótkie, nie trwające nawet minuty Intro. To ambientowy kawałek, w którym artyści użyli szumów wiatru, morza oraz innych dźwięków natury, by wprowadzić widza, bądź w tym przypadku słuchacza, w przedstawianą historię. Raczej się to udaje, natomiast jest jeden problem. Całość tego projektu jest po prostu słabo wyprodukowana pod kątem odtwarzania jej na słuchawkach. Miałem przyjemność oglądania spektaklu Antraktu na żywo i siedząc na widowni nie miałem do czego się przyczepić w kwestii dźwięku. Jednak gdy słucham Nie Opuszczaj Mnie na słuchawkach dźwięk wydaje się najzwyczajniej przytłumiony i nie sądzę, że jest to zamierzony środek artystyczny. Niestety, dotyczy to wszystkich omawianych dalej utworów.

Przechodzimy do Kredek, które są utworem bardziej rozbudowanym niż Intro, jak i jednym z lepszych na całym albumie. Wykorzystane w nim pianino wprowadza słuchacza w nostalgiczny nastrój. Lekko zniekształcone efektem syntezatory najbardziej słyszalne w drugiej połowie utworu dodają niepokojącego klimatu. Uciec Stąd, czyli następny w kolejności numer, jest najdłuższym na albumie. Trwa równo sześć minut. Przypomina on balladę pop-rockową wymieszaną z czołówką serialu z lat dziewięćdziesiątych. Gdyby nie jego długość, która ma oczywiście swoje uzasadnienie w spektaklu, byłby to jeden z najbardziej przystępnych i przyjemnych kawałków.

Perhaps You’ve Seen It oprócz enigmatycznego tytułu serwuje nam równie enigmatyczne przerwy w audio. Ubytki te pomimo, jak się domyślam, celowego ich użycia, wydają się same nie wiedzieć co robią w tym utworze. Momentami psują cały rozpęd i klimat, którego temu utworowi odmówić nie można, a czasami są po prostu średnio wyegzekwowane, co prowadzi do wyczuwalnego „strzelania” głośników gdy muzyka wraca ze swoich półsekundowych wakacji. Druga połowa kawałka mimo wszystko dostarcza nam jeden z najbardziej emocjonujących momentów w formie dosyć imponującego dropa (kulminacyjnego momentu utworu).

Drugą połowę albumu otwiera Eter przypominający soundtrack z serialu detektywistycznego wymieszany z elementami muzyki elektronicznej. Utwór w drugiej połowie nabiera nawet klimatu quasi-popowego do tego stopnia, że zaczęła mi chodzić nóżka (nie tak dobrze, jak członkom Antraktu oczywiście). Jest to moim zdaniem najlepszy kawałek całego projektu. Następny utwór, czyli Brief Moment otwiera się wręcz metalowo, z naprawdę solidnie wyprodukowanymi zniekształconymi gitarami. Numer wzbudza w słuchaczu ekscytację tylko po to, by po parunastu sekundach nagle zaserwować nam melancholijną gitarę akustyczną smutno przygrywającą do końca kawałka. Nie sposób mi po tym nie stwierdzić, że rozdzielenie go na dwa osobne utwory wyszłoby całemu albumowi na plus.

Przedostatni na liście jest Music Box, który brzmi z początku dokładnie tak jak nazwa wskazuje – jak pozytywka. Po pierwszej minucie do akompaniamentu dołączają, średniowieczne wręcz w swoim brzmieniu, instrumenty szarpane w nieco folkowym wydaniu. Całość finalnie brzmi jakby mogła ją odegrać kapela na weselu w świecie Wiedźmina (i jest to komplement).

Zobacz też: „Rytmy czasu” w Collegium Maius

Album zamyka Asystolia – dla ludzi niestudiujących medycyny, znaczy to tyle samo co zatrzymanie akcji serca. Antrakt serwuje nam tu najmroczniejsze jak dotychczas brzmienia: od niskich akordów i perkusji brzmiącej prawie jak bicie serca, do bliżej nieokreślonych „komputerowych” dźwięków i wielu innych ciekawostek muzycznych tworzących najbardziej wciągające w całym projekcie otoczenie dźwiękowe. Utwór zgodnie z tytułem kończy płaski dźwięk wydobywający się z monitora EKG.

Czy Nie Opuszczaj Mnie to dobry album? W kontekście spektaklu – jak najbardziej. Niezależnie od niego? Trochę mniej. Koniec końców nadal z czystym sercem mogę ten projekt polecić – zarówno fanom teatru, jak i muzyki z przeróżnych gatunków. Czy zostaniecie przy nim na dłużej niż jeden odsłuch? Tego zagwarantować nie mogę, ale warto się przekonać na własnej skórze.

Fot.: Bandcamp