Pierwszy sezon serialu o kosmicznych detektywach właśnie dobiegł końca. Czy produkcja uratowała zszarganą reputację postaci po filmowej klapie sprzed 15 lat?
Światło zielonych latarni
Zanim przejdę do recenzji serialu, szybko wyjaśnię podstawowe informacje o Zielonych Latarniach z komiksów DC. To członkowie interplanetarnej organizacji przypominającej w swojej roli policję. Ich zadaniem jest obrona świata przed wszelkimi zagrożeniami. Wszechświat podzielony jest na sektory, do każdego z nich przydzielana jest tylko jedna istota. Moc Zielonych Latarni pochodzi od ich pierścienia, umożliwiającego materializowanie wszystkiego siłą umysłu. Im silniejszy umysł, tym większa moc wykreowanych przedmiotów. Tak potężna broń ma jednak swoje ograniczenie, pierścień trzeba ładować co około dwa dni, korzystając z Latarni, działającej jak ładowarka.
Czy się boisz?
W serialu śledzimy skomplikowaną relację dwóch postaci. Hal Jordan (grany fenomenalnie przez Kyle’a Chandlera) to były pilot testowy pełniący rolę ziemskiej Zielonej Latarni przez ostatnie 30 lat. John Stewart (w tej roli równie utalentowany Aaron Pierre) jest podopiecznym Hala i jego możliwym następcą.
Strach, będący jednym z największych wrogów Latarni, odgrywa kluczową rolę w zrozumieniu motywacji głównych bohaterów i wydarzeń przedstawionych w serialu. Hal boi się zastąpienia przez młodszego i zdolniejszego od niego Stewarta, którego żartobliwie nazywa Juniorem. John wychowany przez rodziców w trudnych warunkach został przygotowany, aby nie odczuwać strachu. Problem w tym, że bycie Zieloną Latarnią nie polega na nieodczuwaniu go, a na znalezieniu w sobie siły, aby ten strach przezwyciężyć.

Dziedzictwo Jordanów
Jednym z motywów przewodnich „Latarni”jest rodzinna trauma. Bohaterowie zmagają się nie tylko z szalenie niebezpiecznym kosmitą, ale także własnymi, ledwo zszytymi (i dalej krwawiącymi) ranami z przeszłości. Ojciec Hala zmarł, kiedy ten był jeszcze dzieckiem. Jego śmierć stała się dla syna źródłem jednej z największych traum. To, jak i inne wydarzenia z przeszłości sprawiło, że weteran pierścienia trzyma wszystkich na dystans, a wewnętrzny ból maskuje sarkastycznym uśmiechem i cynicznymi żartami.
Hal w pierwszych odcinkach sprawia wrażenie podstarzałego i zgorzkniałego cienia niegdyś heroicznego siebie. Bohater grany przez Chandlera był pierwszą ludzką Latarnią i ma za sobą trzy dekady doświadczenia. To sprawia, że jest arogancki i zadufany. Jest on święcie przekonany, że długoletnia praktyka i zdobyte umiejętności pozwolą mu zachować miejsce wśród galaktycznych strażników. Pojawienie się Juniora przynosi jednak ze sobą falę niepewności, Hal domyśla się, że jeśli nie będzie ostrożny może wkrótce zostać zastąpiony.
Stewart Junior
John przez swoje wychowanie nie próbuje spełnić swoich marzeń, a zaledwie zaspokoić ambicje rodziców. John chciał być artystą, jednak rodzice mieli inne plany. Nietrudno zauważyć, że Stewart przez większą część swojego życia pozostaje ofiarą cudzych oczekiwań. Dopiero wraz z rozwijającą się fabułą, w głowie naszego bohatera pojawiają się kolejne pytania. Odpowiadając na nie, stopniowo wyswobadza się z mentalnej celi, jaką było rodzicielskie wychowanie. Jego największym wyzwaniem będzie odnalezienie siebie. Podróż Johna to przede wszystkim nauka tego, że czasem trzeba ignorować rozkazy i łamać zasady, aby zrobić to, co słuszne.
Zobacz też: „Wiedźmin 3 Remaster”. Powrót na szlak.

Ojciec i syn
Przez większość ekranowego czasu relacja dwójki bohaterów jest zaledwie wymuszoną, podszytą wrogością, współpracą. Pod koniec przeradza się jednak w coś znacznie głębszego. Wrogość nie znika całkowicie, ale pojawia się wspólny szacunek i szczera przyjaźń dwójki pogruchotanych psychicznie ludzi. Mimo wzajemnej niechęci Latarnie nie byłyby w stanie poradzić sobie z bolesną przeszłością bez wzajemnej pomocy.
To właśnie charyzmatyczne aktorskie kreacje obojga aktorów są bijącym sercem serialu. Na szczególną uwagę zasługuje Kyle Chandler, grający Hala w zaskakująco magnetyczny sposób. Istną tragedią jest tak późne osadzenie go w tej roli, gdyż 61-letni aktor odnajduje się w niej fenomenalnie.
Z jednej strony starsza wersja postaci pozwala na opowiedzenie zupełnie nowej i ciekawej historii, a także pokazuje jak ludzie zmieniają się z upływem czasu. Z drugiej strony w mojej głowie tworzy się wizja młodszego Chandlera grającego Zieloną Latarnię w epickiej trylogii. Na wzór filmów Iron Mana z Robertem Downeyem Juniorem. Aaron Pierre również wypada znakomicie. Gra na pozór spokojnego i zdyscyplinowanego byłego żołnierza. Skrywa on jednak wewnętrzną wściekłość budowaną przez lata.

Zielone latarnie…bez zielonego?
W najnowszej produkcji DCU głównie krytykowany był zadziwiający brak kluczowego koloru. W końcu serial zwie się „Latarnie” nie „Zielone Latarnie”. To jednak prawda. W serialu dominuje brąz i jego odcienie. Nawet kostium superbohatera (z którego scenarzyści korzystają mniej więcej tak często jak niepalący z zapalniczki) znany oryginalnie z intensywnej zieleni w serialu jest wyprany z koloru, aby nasze oczy przez przypadek nie doznały posmaku komiksowej wierności. Jaki jest tego powód? Można się jedynie domyślać. Sam sądzę, że jednym z nich jest duża inspiracja serialem „Detektyw” i celowanie w podobną estetykę.
Wspominam o tym z prostej przyczyny, serial ma wiele wyśmienitych aspektów, za które można go chwalić godzinami. Nietrudno jednak odnieść wrażenie, że twórcy chcieli twardo stąpać po ziemi. Nie odważyli się pofrunąć zbyt blisko, często kampowej, stylistyki znanej z komiksów. Dzięki temu wyświetlany w kinach w zeszłym roku „Superman” i najświeższa produkcja DCU są od siebie diametralnie różne.
O ile mroczniejsza stylistyka serialu bardzo dobrze współgra z opowiadaną historią, o tyle zastanawiam się jak przedstawione w nim postacie będą zachowywać się w dostosowanym do niższej kategorii wiekowej i jaśniejszym odczuciu nadchodzącej drugiej części Supermana („Man of Tomorrow”) , w którym mają się pojawić.

Czy było warto?
Pierwszy sezon „Latarni” okazał się spektakularnym sukcesem, stając się, według najnowszych informacji, jednym z najpopularniejszych seriali na HBO w historii serwisu. Nie jest więc zaskoczeniem, że już rozpoczęły się wczesne prace nad kontynuacją. Adaptacja miała swoje słabe strony. Należy do nich niewykorzystany w pełni potencjał Kyle Chandler`a w roli Hala Jordana. Obawiam się, że więcej go w tej roli nie zobaczymy, choć to pokaże czas. „Latarnie” może nie są idealne, lecz i tak uważam je za jedną z najlepszych produkcji o superbohaterach ostatniej dekady.
James Gunn na ratunek
Jednak największym osiągnięciem adaptacji jest naprawienie zszarganej reputacji postaci po nieudanym filmie Ryana Reynoldsa sprzed 15 lat. Zielone Latarnie po dłuższej przerwie wróciły do popkulturowego zeitgeistu. Jeśli DCU jest w stanie utrzymać poziom swoich dotychczasowych ekranizacji, pomijając niewypał jakim była „Supergirl”, sukces i rozwój tego uniwersum wydaje się być naturalną konsekwencją. Jeśli na tak wczesnym etapie istnienia twórcy gotowi są podejmować ryzykowne decyzje, to kto wie, może za parę lat pokonają kolosa, jakim jest Marvel Cinematic Universe. Trzymam kciuki.

fot. wyróżniająca: kadr z serialu „Latarnie”]
