Recenzje

10 lipca 2013 | Ewa Augustyniak

0

When Saints Go Machine wraca z nową, mroczniejszą płytą

Electro pop ma się całkiem nieźle, zarówno na naszym lokalnym podwórku, jak i za granicą. Doskonałym przykładem realizacji wszelkich form gatunkowych jest duńska grupa When Saints Go Machine. Formacja istnieje od 2007 roku, na jej debiut należało czekać dokładnie rok, kiedy to ukazała się płyta „Ten Makes a Face”, a potem kolejny krążek „Konkylie” z 2011 roku (stąd takie kawałki, jak „Add Ends” czy „Church and Low”).  Grupa nie kazała na siebie długo czekać i tak oto dostaliśmy  najnowsze dzieło zespołu „Infinity Pool”.

Wspomniałam o realizacji form gatunkowych – byłoby to zbyt duże uogólnienie, ponieważ When Saints Go Machine jest formacją, która potrafi zaskoczyć, mieszając nierzadko w swojej muzyce różne dźwięki, niekojarzące się przy pierwszym odsłuchu z czystym elektro popem. Ale to dobrze. Grupa na każdym krążku próbuje czegoś innego. „Ten Makes a Face” było żywiołowe (z zachowaniem – paradoksalnie(!) typowej dla zespołu dozy melancholii), nie brakowało numerów, które śmiało mogłyby zagościć na parkiecie. „Konkylie” trochę zwolniło, jednak nie brakowało typowego dla zespołu zacięcia. „Infinity Pool” to już zupełnie inna historia – jest zdecydowanie mroczniej, melancholia leje się jeszcze większymi strumieniami a całość wręcz przytłacza. Nie można jednak zapominać, że gdzieś w tyle czai się jednak nuta, która spaja całą płytę i powoduje, że równowaga pozostaje zachowana.

 12 numerów to przede wszystkim eksperymenty, które będę wymagały od słuchacza znacznie większego zaangażowania niż w przypadku poprzednich krążków.

12 numerów to przede wszystkim eksperymenty, które będę wymagały od słuchacza znacznie większego zaangażowania niż w przypadku poprzednich krążków. Jest eterycznie („Infinity Killer”, „Yard Heads”, „Degeneration”), pojawia się nawet hip – hop („Love and Respekt”, który muzycznie wsparł Killer Mike). Warto posłuchać kawałka „Mannequin”, który zapowiadał krążek i zdecydowanie odzwierciedla ostateczny klimat, jaki Duńczycy stworzyli na tej płycie. Na pewno nie znajdziecie tu kontynuacji „Fail Forever”, czy wspomnianego już „Add Ends”.

Koniecznie należy wspomnieć o wokalu Nikolaja Manuela Vonsilda (od zawsze kojarzonego z możliwościami głosowymi Anthony’ego z Anthony and the Johnsons), który spaja wszystkie elementy na płycie. Właściwie od początku istnienia formacji to właśnie sposób śpiewania wokalisty powodował, że kompozycje były tak udane – i nie inaczej jest na tym krążku.

„Infinity Pool” to płyta bardzo spójna. Myślę, że fani grupy nie powinni być zaskoczeni tym, w jakim kierunku podążył zespół. When Saints Go Machine konsekwentnie realizuje pewien plan i właściwie nie można im zarzucić, że kompletnie zmienili sposób tworzenia własnej muzyki. Zmiany często przynoszą wiele dobrego i tak właśnie należy potraktować efekt procesu twórczego, jaki mamy okazję wysłuchać w postaci „Infinity Pool”.

 



 

Zdjęcie: materiały prasowe

 

 

Tagi: ,




Back to Top ↑