Muzyka

7 kwietnia 2017 | Marta Łazarska

0

Me and That Man – Songs of Love and Death

Kiedy zamykam oczy w trakcie słuchania tej płyty, moja wyobraźnia generuje obrazy rodem z westernu – przelatujący krzak, wyczuwalnie suche powietrze i szeroką drogę, która przebiega przez miasteczko. Do pojedynku w samo południe przygotowują się Adam „Nergal” Darski i John Porter. Kto strzeli pierwszy?

Jestem mile zaskoczona tym, że z połaczenia dwóch sił powstał taki projekt jak Me and That Man. Jak każdy fan muzyki znam Darskiego jako lidera bezkonkurencyjnego Behemotha, a „Helicopters” Porters Band stoi na mojej półce z ulubionymi krążkami, do których często wracam.  Jak w tym wszystkim plasuje się „Songs of Love and Death”?

Płyta zawiera bardzo spójne kompozycje. Cały krążek jest utrzymany w estetyce amerykańskiego bluesowego grania. Większość utworów opartych jest na schematycznych i prostych melodiach, które budują klimat brzdąkania na ganku gdzieś w delcie Missisipi. Nie jestem w stanie powtrzymać się od doszukiwania się muzycznych inspiracji, które mogły wpływać na to, jak ostatecznie cała płyta wygląda. Pierwsza rzecz, która przychodzi mi do głowy to oczywiste nawiązania do The Doors. Moim zdaniem widać to w tytułach utworów („Shaman Blues” czy „Voodoo Queen„), a także w podjęciu tzw. „tematyki drogi”. Gdyby kiedykolwiek powstał film Jima Morrisona The Hitchhiker to z pewnością byłby inspiracją dla duetu Darski-Porter. Historia morrisonowego autostopowicza miała opowiadać o człowieku, który zaraz po podwózce – zabija. Trudno nie dostrzec podobieństw klimatu utworów do Nica Cave czy Toma Waitsa. Niechlujny sposób śpiewania, użycie megafonu, chórki dzieci mogą odstraszać niektórych słuchaczy. To jednak moim zdaniem nadaje charakteru kompozycjom i odsyła do kolejnych nawiązań.  Motyw drogi przejawia się również w utworach „Nightride”, „On the Road” czy też „Get Outta This Place„. Lubię myśleć o całej płycie jak o opowieści, która ciągnie się przez Route 66. Oprócz tematów demonicznych, związanych z zaprzedaniem się duszy muzyków na tej Autostradzie Ameryki, mamy podróż przez gatunki, emocje i historię.

Bałam się, że krążek „Songs of Love and Death” będzie powtórką z współpracy Lou Reeda z Metallicą (której szczerze niecierpie). Jest jednak kompromisem dwóch sił, który mi odpowiada. Nie nazwę tego płytą roku, odkryciem miesiąca czy czymś, do czego będę wracać. Odbieram to jako ciekawy eksperyment, na który złożyło się dwóch dobrych muzyków, którzy bawią się konwencją. Cieszę się, że nie jest kolejną płytą nagraną przez znanych gości, którzy chcieli sobie pograć standardy bluesowe. Jestem bardzo ciekawa jak potoczy się przejażdżka Me and That Man po świecie muzyki. Zastanawia mnie tylko czy w tym wypadku określenie jeżdżenie „autostradą do piekła” będzie komplementem czy zarzutem…




Zdjęcie: materiały nadesłane

Tagi: ,




Back to Top ↑