Radio Sfera UMK

Gramy swoje, po studencku!

Czy mnie słychać? [RECENZJA]

Czy zaniedbaną miłość da się odratować? Na to pytanie odpowiada wzruszający komediodramat Bradleya Coopera. W swoim najnowszym dziele reżyser udowadnia, że doskonale opanował sztukę wzbudzania emocji u widzów.

Film opowiada historię mężczyzny, który przytłoczony rozpadającym się małżeństwem postanawia zostać komikiem. W centrum uwagi są uczucia głównej dwójki oraz odkrywanie siebie na nowo w dalszym etapie życia. Historia jest luźno oparta na prawdziwych wydarzeniach.

Zobacz zwiastun filmu

Życie to żart, a my jesteśmy puentą

Opowieść o małżeństwie w separacji i przypadkowej karierze komika w innych rękach mogłaby zamienić się w przejaskrawioną parodię albo wręcz przeciwnie, w niesamowicie tragiczny film. Twórcy zdołali jednak zachować idealny balans. „Czy mnie słychać?” świetnie miesza komedię i lekkość z pełnymi emocji wydarzeniami. Film oddaje to, jak skomplikowane jest życie: momenty absurdu i cierpienia przeplatają się wzajemnie i nic nie jest czarno-białe.

Więcej niż tylko koń z depresją

W główną rolę wciela się Will Arnett, najlepiej znany z roli Bojacka Horsemana. Gra on Alexa, mężczyznę w średnim wieku starającego się odnaleźć siebie w rozpadającym się związku. Od zawsze byłem zafascynowany grą Arnetta. Jego kreacja Bojacka, mimo ograniczenia do samego głosu, jest jedną z najlepszych reprezentacji autodestrukcji i depresji, jakie widziałem w popkulturze. Bez niego ta postać nie byłaby nawet w połowie tak wyśmienita.

Alex może nie jest animowanym koniem, ale dalej czuć tu momentami Bojacka i piszę to jako komplement. Arnett w końcu miał okazję pokazać swój talent w pełnej okazałości, bez ograniczeń. W tym filmie udowodnił, że jest jedną z najbardziej niedocenionych perełek w Hollywood. W naturalny i ludzki sposób przedstawia duży kolaż emocjonalny mężczyzny w nieznanym mu środowisku. Aktor zasługuje na dwuminutowe oklaski.

Do tanga trzeba dwojga

Na uwagę zasługuje także Laura Dern, która wciela się w rolę Tessy, żony mężczyzny. Na początku nie przepadałem za tą postacią. Z perspektywy Alexa wydawała się oschła i zdystansowana. Czułem, jakby rozpad związku był jej winą. Z kolejnymi scenami dotarło jednak do mnie, że wina leży równo po obu stronach. Emocjonalnie chłodna żona okazała się postacią, do której poczułem dużą ilość sympatii.

Cały wachlarz skomplikowanych uczuć jest jasno widoczny na twarzy aktorki. Doskonale rozumiemy punkt widzenia jej postaci, to jak czuła się opuszczona i samotna w związku, a także jej osobistą walkę z przeszłością, o której nikomu nie mówi.

Zobacz też: „Każde zło ma koniec” – musical Wicked w teatrze ROMA

Dialogiem film stoi

Rzadko kiedy spotykam się z filmem bądź serialem, w którym ludzie faktycznie mówią jak ludzie. Niemal zawsze mam do czynienia z łatwym do zrozumienia i przetrawienia dialogiem, w którym wszystkie intencje bohaterów są jasne jak słońce. Pomimo tego, że spełnia on swoją funkcję, to ani trochę nie oddaje tego, jak faktycznie rozmawiamy ze sobą na co dzień.

Tutaj jest inaczej. Po raz pierwszy od dawna czułem, jakby postacie faktycznie były prawdziwymi osobami. Bohaterowie powtarzają się, mówią za szybko, za wolno, robią długie pauzy w naturalny sposób, wprowadzają wtrącenia. Zamiast kończyć jeden wątek, rozpoczynają kolejne trzy. Jest to format niesamowicie trudny do napisania w sposób przyjemny dla widza. Dawno nie oglądałem rozmów dwóch postaci z taką przyjemnością. Kłótnie małżeństwa nie tylko wydają się prawdziwe, one są prawdziwe.

Skrywane Emocje, czyli jak zniszczyć swój związek w 20 lat

Film nie ukrywa przyczyny oddalenia się dwójki bohaterów. Kochankowie zamknęli się na siebie, a w ciszy i skrywanych emocjach urosła bariera. Brak komunikacji, tak jak w większości związków, spowodował to, że dawniej silna miłość i magnetyczna więź straciła swój czar. Nie powiedziałbym, że jest to historia, która otwiera nowe horyzonty, ale przedstawia dobrze znany kryzys w znakomity sposób. Bezproblemowo rozumiemy problemy pary, czujemy ich ból, niepewność i przerażenie w sytuacji, która wydaje się nie do odratowania. Nie wystarczy tutaj plasterek i ładne przeprosiny, trzeba zacząć od podstaw.

Sztuka imituje życie

Historia została luźno oparta na życiu Johna Bishopa, Brytyjskiego komika. Bishop, tak jak jego filmowy odpowiednik, spróbował swoich sił na scenie komediowej w trakcie separacji ze swoją żoną. Will Arnett poznał Johna w Amsterdamie. Po usłyszeniu historii Brytyjczyka chciał na jej podstawie stworzyć film. Arnett napisał scenariusz do filmu wraz z Markiem Chappellem i Bradleyem Cooperem, który został także reżyserem produkcji.

Under Pressure

„Under Pressure” to jedna z najpiękniejszych piosenek, która powstała dzięki współpracy Queen i Davida Bowiego. Została wielokrotnie użyta w filmach. Ten utwór o skomplikowanych ludzkich emocjach szybko stał się jednym z moich ulubionych. Wybierając się na seans „Czy mnie słychać?” nie spodziewałem się tego, że doświadczę jednego z najbardziej wzruszających i trafnych zastosowań tego ponadczasowego dzieła.

W momencie, w którym usłyszałem ten dobrze znany mi dźwięk, poczułem ciarki i zbierające się w oczach łzy. „Czy mnie słychać?” to film stworzony z pasją i wielkim zrozumieniem ludzkich doświadczeń. Jest to pozycja fenomenalna dla fanów dramatów, komedii i filmów romantycznych wszelkiego rodzaju. Zdecydowanie warto wybrać się na tę perełkę do kina.

[fot. wyróżniająca: kadr z filmu „Czy mnie słychać?”]