To nie jest bajka o dobrej i złej czarownicy. Pod warstwą pastelowego różu i szmaragdowej zieleni kryje się bowiem coś dużo bardziej osobliwego. Ten z pozoru baśniowy musical stanowi w rzeczywistości historię okrutnego systemu hołdującego pogardzie i obłudzie, a także pewnej wyjątkowej więzi, która się mu oparła.
Dziś już bez problemu można mówić o Wicked jako o niekwestionowanym musicalowym klasyku. Chociaż od premiery minęły dwadzieścia dwa lata, sztuka wciąż cieszy się popularnością i nadal można ją oglądać na deskach Broadwayu oraz West Endu. Za sprawą zeszłorocznej ekranizacji z Cynthią Erivo i Arianą Grande w rolach głównych, o musicalu znów zrobiło się głośno. Teraz trudno o osobę, która chociaż raz nie usłyszała takich przebojów, jak Defying Grafity, Popular, czy No One Mourns The Wicked.
W maju 2025 historia dwóch czarownic z krainy Oz w końcu zawitała w warszawskim teatrze Roma. Przy produkcji o takiej renomie nie trudno o obawy – w końcu nie każdą piosenkę da się idealnie przetłumaczyć, a zmiany wprowadzone w kostiumach, scenerii czy choreografii mogą nie należeć do udanych. Jako wieloletnia fanka oryginału musiałam się zatem przekonać, jak wypada polskie Wicked i czy naszej rodzimej wersji udało się zachować urok pierwowzoru.
Retelling klasycznej historii
Znana z powieści Lymana Brauna Kraina Oz to jedno z tych miejsc, do których każdy chciałby trafić jako dziecko. Tym fantastycznym światem, w którym zwierzęta mówią ludzkim głosem, a miasta zbudowane są ze szmaragdu, rządzi wielki, wspaniałomyślny Czarnoksiężnik. Jedyny problem w tym bajkowym świecie stanowi Zła Czarownica z Zachodu, której potęga i tak nie równa się mocy Dobrej Czarodziejki z Północy, strzegącej mieszkańców Oz przed swoją niecną przeciwniczką.
Brzmi utopijnie? Cóż, Wicked wywraca tę koncepcję do góry nogami. Okazuje się bowiem, że Zła Czarownica w rzeczywistości walczy o prawa uciśnionych, Dobrej Czarodziejce brakuje odwagi cywilnej, a w Krainie Oz panuje dyktatura.
Głównymi bohaterkami produkcji są Elfaba i Glinda, pełniące kolejno role Złej i Dobrej Czarownicy w oryginalnej powieści. Akcja musicalu rozpoczyna się jednak zanim którakolwiek z nich zyskuje swój tytuł: w tej wersji, burzliwa relacja tych postaci ma swój początek już za czasów studenckich, gdy zmuszone są współdzielić pokój w akademiku. Owa okoliczność do najbardziej sprzyjających nie należy, gdyż Elfabie i Glindzie jakby przeznaczone jest się nienawidzić.
Pierwsza z nich, dyskryminowana ze względu na zielony odcień skóry, nieustannie musi udowadniać swoją wartość, z kolei druga zdaje się być uwielbiana za sam fakt swojego istnienia. Nic więc dziwnego, że między nieznoszącą statusu quo Elfabą, a pragnącą poklasku Glindą dochodzi do zaciętej rywalizacji. Wkrótce okazuje się jednak, że obie bohaterki mogą dać sobie nawzajem coś, czego nie może dać im nikt inny: wzajemne zrozumienie. To właśnie ono staje się podwaliną relacji, która może na zawsze zmienić losy Krainy Oz.
Totalitaryzm na różowo
Wicked nie jest tym rodzajem opowieści, przy której naprawdę trzeba się wysilić, żeby znaleźć drugie dno. Mimo wszystko poruszyło mnie to, jak łatwo musical daje widzowi zapomnieć o panującej w Oz niesprawiedliwości – a przynajmniej w pierwszym akcie. Baśniowa otoczka i disneyowsko brzmiące piosenki tworzą złudne uczucie bezpieczeństwa. Nie bez powodu mówi się jednak, że diabeł tkwi w szczegółach.
Jeśli bowiem odwróci się wzrok od kolorowych kreacji i energicznej linii melodycznej, na wierzch zaczną wychodzić niepokojące subtelności. Słodki uśmiech Glindy w otwierającym utworze Każde zło ma koniec gaśnie, gdy tylko mieszkańcy Oz odwracają od niej wzrok. Książę Fiyero z dekadenckim wręcz defetyzmem śpiewa radosną piosenkę o tym, jak dobrze jest żyć bezrefleksyjnie. W jednej ze scen, mającej miejsce na uniwersytecie Shizz, pada pytanie „Dlaczego nie możemy po prostu uczyć się historii, zamiast cały czas rozważać nad przeszłością?”. Te drobne niuanse można łatwo przeoczyć. W kontekście całego przedstawienia nabierają jednak znaczenia, wpisując się w motyw ukrytego mroku.
Drugi akt jest z kolei dużo bardziej dosadny w swoim przesłaniu. Tutaj już nikt nie kryje się z tym, że rządy w Oz opierają się na kłamstwach i mowie nienawiści (i być może dlatego w tej części jest mniej piosenek). W tej części relacja bohaterek zostaje wystawiona na próbę, gdyż obie są zmuszone stanąć po przeciwnych stronach zaostrzającego się konfliktu.
I chociaż musical dobrze radzi sobie z poruszaniem tematu propagandy, której twarzą zostaje Glinda, to wątek Elfaby i jej buntu przeciwko Czarodziejowi potraktowano po macoszemu. Podczas, gdy pierwsza dostaje całą piosenkę o swoim wewnętrznym konflikcie w związku z pełnioną rolą, dokonania Złej Wiedźmy z Zachodu są jedynie wspominane. Niemniej, trudno obejrzeć Wicked w sposób bezrefleksyjny. Pomimo nieskomplikowanej fabuły, musical przypomina nam o tym, o czym zdecydowanie zbyt często zapominamy: by mieć odwagę sprzeciwić się złu.
[Przeczytaj także: Jesus Christ Super Star Od Nowa]
Dwie czarownice
Warstwa muzyczna i aktorska stoi w Wicked na najwyższym poziomie. Na pochwałę zasługuje cały zespół taneczno-wokalny, który przywołał bohaterów do życia i pokazał pełnię swoich umiejętności. W tej recenzji skupię się jednak na odtwórczyniach dwóch głównych ról, ponieważ to relacja ich postaci stanowi sens całego widowiska.
Bardzo urzekła mnie postać Elfaby, w którą wcieliła się Natalia Piotrowska-Paciorek. Poprzeczka była tu naprawdę wysoko, gdyż Zła wiedźma z Zachodu to jedna z najbardziej kultowych postaci musicalowej sceny. Po obejrzeniu Wicked w aranżacji teatru Roma mogę śmiało powiedzieć, że polska Elfaba jest równie czarująca, jak jej broadwayowski pierwowzór.
Kreacja Piotrowskiej-Paciorek jest pełna gniewu, buntu i silnego poczucia niesprawiedliwości. Doceniam to dlatego, że właśnie niezgoda Elfaby na wszechobecne zło jest najbardziej urzekającym aspektem jej postaci. Mój podziw wzbudziły także jej wykonania piosenek Zawsze źle i kultowego Z grawitacji kpić (oryg. Defying Gravity). Przy obu utworach odczuwa się taki ładunek emocjonalny, że pozostają w pamięci na długo po odsłuchaniu. Cieszy mnie więc to, że polskie wersje piosenek są tak samo, (o ile nie bardziej) zachwycające, niż oryginalne.
W szczególności poruszyła mnie jednak Patrycja Mizerska w roli Glindy. Uważam, że jest to najtrudniejsza partia do odegrania w całym musicalu. Nie chodzi tu tylko o wymagające wokalnie piosenki, w których w wielu momentach trzeba zaśpiewać niemalże operowym sopranem. Tym, co czyni Glindę niełatwą postacią jest jej moralna złożoność. Z jednej strony, jawi się jako płytka dziewczyna, której jedyną życiową ambicją jest zdobywanie poklasku. Pod tą warstwą kryje się jednak wrażliwość i chęć czynienia dobra, tłumione przez strach przed odrzuceniem. Te wewnętrzne sprzeczności sprawiają, że Glinda jest nie tylko interesującą postacią, ale i sporym wyzwaniem aktorskim.
Glinda w wykonaniu Mizerskiej jest właśnie taka – z początku irytująca, ale ostatecznie dająca się lubić. Budząca zarówno antypatię, jak i współczucie. Jej wewnętrzna przemiana zostaje pięknie ujęta, wybrzmiewając coraz bardziej ze sceny na scenę. A o wykonach piosenek Każde zło ma koniec, Wzięcie mieć i Zaprawdę, mogę napisać jedynie, że trzeba ich po prostu posłuchać, są przepiękne.
Daj się zaczarować
Wicked nie jest przedstawieniem dla każdego. Musical można krytykować za nierówności fabularne, czy sposób poprowadzenia niektórych wątków. Również podejście do tematów opresji i prześladowania, może dla dojrzałego widza może okazać się zbyt bajkowe, czy wręcz naiwne. Mimo wszystko uważam, że właśnie takich historii nam potrzeba: pięknych i wzbudzających zachwyt. W czasach, w których wiele tekstów kultury nie wywołuje żadnych głębszych emocji, Wicked nie daje o sobie zapomnieć, pozostawiając naprawdę magiczne doświadczenie. Piosenki łatwo wchodzą w ucho, a obok postaci nie da się przejść obojętnie.
I chociaż przesłanie Wicked nie należy do najbardziej rewolucyjnych, to w obecnych czasach naprawdę skłania do refleksji. Jak łatwo dajemy się oszukiwać autorytetom? Czy zbyt często nie odwracamy wzroku od niemoralności? Ile razy byliśmy pragnącą zmian Elfabą, a ile razy, niczym Glinda, baliśmy się wyrazić swoje prawdziwe myśli? Uważam, że warto obejrzeć Wicked choćby po to, by móc szczerze odpowiedzieć na te pytania.

[fot. wyróżniająca: Alicja Stanicka]
