Radio

14 grudnia 2020 | Zuzia Pilimon

0

Obrazki z Iławy – Sfera on the Road #4

Mamy jezioro, nawet najdłuższe w Polsce, ale to jeszcze nie Mazury. Do Warmii zresztą też się nie załapaliśmy. Jesteśmy trochę miastem na styku, albo miastem po drodze. Tak czy owak, dzisiaj zabieram Was na wycieczkę do Iławy.

Nie będzie trudno się tu dostać, nawet jeśli nie macie samochodu. Przez Iławę przechodzą najważniejsze linie kolejowe, pociąg to oczywisty wybór opcji dojazdu do i z miasta. W ciągu mniej więcej godziny możecie znaleźć się w Toruniu, Gdańsku i Olsztynie. Po około dwóch godzinach dojedziecie stąd do Warszawy i Bydgoszczy, po niecałych trzech do Poznania. Do Krakowa nawet w nieco ponad 4 godziny, podobnie do Katowic (o ile zabierzecie się najszybszym pociągiem). Do Przemyśla nawet w 9,5 godziny. W 12 godzin i tylko z jedną przesiadką w Warszawie lub Katowicach dojedziecie do Pragi lub Wiednia. Mogłabym tak długo wymieniać, bo na dworcu bywałam i bywam często, słucham więc też co przyjeżdża i co odjeżdża, czasami w oczekiwaniu na swój opóźniony pociąg…

Zresztą, kolej zawsze była ważnym pracodawcą w tym mieście, w którym nie ma ciężkiego przemysłu, a ludzie przyjeżdżają latem pooddychać świeżym powietrzem (zimą czasami mógłby być z tym problem). Większość mojej rodziny także pracowała na kolei – jako toromistrze, telegrafistki, czy to „na warsztacie” kolejowej elektroniki. Pociągiem wszędzie jeździłam od dzieciaka, może też dlatego zawsze tak spokojnie w nich zasypiam.

Jedną z najlepszych rzeczy w mieszkaniu w Iławie jest to, że zawsze jest się blisko natury, blisko jakiegoś miłego miejsca na spacer albo wycieczkę rowerową. Szczególnie wiosną, gdy wszystko robi się zielone, pachnie i wypuszcza kwiaty. Nawet nie zauważycie, gdy przejdziemy po ścieżkach pieszych, chodnikach i piaszczystych drogach dwanaście czy piętnaście kilometrów, bo będziecie po prostu chłonąć kolory i widoki.

Gdy dni stają się coraz dłuższe i bardziej słoneczne, wszyscy myślą o tym, żeby przejść się na plażę albo urządzić jakieś spotkanie na świeżym powietrzu. Siatkówka plażowa, rowery wodne, pikniki… To jest myśleli, ten rok wszystkim zmienił plany i zwyczaje. Wciąż jednak można chodzić. Chodzenie po Iławie i w jej okolicach jest wskazane przez cały rok, bo zawsze można wchłonąć gdzieś swoją dzienną dawkę zieleni.

Najdłuższe jezioro w Polsce, czyli Jeziorak, ma 27,5 kilometra. Powie wam to absolutnie każdy długoletni mieszkaniec Iławy, ta liczba została nam wbita do głowy na zawsze w czasie nauki w miejscowych szkołach lub drogą przekazu ustnego od innych iławian. Latem przyjezdni i miejscowi wyciągają na wodę swoje łódki i żaglówki. Ci, których do wody nie ciągnie, wyciągają rowery i kręcą kilometry po nowych ścieżkach rowerowych. Trenują też osady kajakarskie i windsurferzy. Zbyt głośne motorówki uprzykrzają życie wszystkim poszukującym spokoju na spacerze oraz pływającym w Jezioraku. Na Wielką Żuławę wraca życie. Całe życie kręci się wtedy wokół jeziora. Gorące wieczory przynoszą też gwarne imprezy na plaży (nie zawsze legalne i grzeczne) oraz widok żaglówek stojących w przystani (na których zresztą także zdarzają się wieczorne posiadówki).

Ponieważ jednak przyjechaliście długo po sezonie, nie uświadczycie teraz widoku żagli na Jezioraku. Łodzie, łódki i łódeczki śpią w hangarach na rzece Iławce. C’est la vie!

Jesienią też można się przejść nad jezioro, chociaż najładniej jest, gdy drzewa mają jeszcze złote i czerwone liście. Można też iść do lasu i przypomnieć sobie jak to jest spacerować bez maseczki na twarzy.

Jak wielu w czasie lockdownu i ja odkryłam w sobie pokłady kucharskiego zapału. Gotuję zupy soczewicowe, kotlety z kalafiorów, pieczone ziemniaki, robię babki i serniki (z pomocą kociego asystenta) oraz zbieram bursztyny na nalewki. Nie no, żartuję. Nad jeziorem nie ma bursztynów. Za to jest pigwa, która po kandyzowaniu wygląda całkiem jak drobne jantary w słoiku.

Może wyda się to dziwne, ale brakuje mi takiej zimy. Brakuje mi siarczystego mrozu i porządnie zamarzniętego jeziora, po którym można sobie skrócić drogę do kina. 2020 ma dwa tygodnie na to, żeby zaskoczyć mnie jeszcze czymś miłym.

Polecajki:

Jeśli już sami nie wiecie, co gotować, bo wszystko się znudziło, to idźcie do Marty Dymek na jadlonomia.com albo zajrzyjcie do jej najnowszej książki „Jadłonomia po polsku”. Nie miałam do tej pory takiej książki kucharskiej, z której wszystkie przepisy by się udawały, a z tej się udają.

Muzycznie nie będę się zbytnio wychylać, i tak co tydzień słuchacie moich polecajek na antenie. 😉

[fot. Zuzanna Pilimon; grafika: Olek Dudziak]

Tagi: ,




Back to Top ↑