Koncerty

1 sierpnia 2019 | Piotr Grabski

0

Elektronika w deszczu – relacja z Audioriver 2019

Jeśli paru tysiącom ludzi niestraszny deszcz, aby bawić się przy dźwiękach muzyki, to napawa to optymizmem, że Audioriver ma się naprawdę dobrze. Piątkowe popołudnie i sobotnia noc dały uczestnikom festiwalu w kość, ale ciekawy line-up nie pozwolił na to, aby odpuścić to wydarzenie. Mokrzy, ale szczęśliwi – myślę, że tak można w skrócie podsumować miniony weekend na plaży w Płocku.

A zaczęło się dla mnie dosyć niewinnie, bo Monolink, choć występował live i z bandem, to jednak prezentował bardziej chilloutową wizję elektroniki. Konkurencję miał sporą, wszak inne sceny okupowane były przez takie nazwiska jak Recodnite czy Catz’n’Dogz, ale mimo to zebrał sporo osób pod sceną. Cóż, obronił się. Jego band był spójny, utwory dobrze zaaranżowane, a poza tym, nie oszukujmy się, na Audioriver również potrzeba trochę spokoju, o czym świadczy popularność strefy chilloutu. A propos Recodnite – nie mogłem opuścić jego setu. Choć solowy koncert z 2016 roku trochę mnie rozczarował, to tegoroczny b2b z Marcusem Worgullem wspominam bardzo dobrze. Chłopaki bardzo dobrze się uzupełniali (ciekawe spostrzeżenie jak na bitwę, prawda?), tworząc spójną całość, która wprowadzała w wir tańca. A Catz’n’Dogz? Klasa jak zawsze, jeden z naszych produktów eksportowych gra coraz ciekawsze sety, eksperymentując z różnymi odmianami elektroniki. Swoją drogą, sprawdźcie ich tegoroczny longplay – bardzo przyjemnie się go słucha i jest dobrym potwierdzeniem że chłopaki wymiatają nie tylko na setach.

Kiedy czytałem relacje i komentarze po wspomnianej edycji z 2016 roku, jako jeden z highlightów wymieniano Dangera. Chcąc to zweryfikować poszedłem na jego live na głównej scenie i zostałem mocno rozczarowany. Nie wiem jak było trzy lata temu, ale jeśli było tak jak teraz to… jestem w szoku. Danger to nic innego jak post-80’s revival i to w dodatku w słabej jakości. Utworom brakowało kreatywności i świeżości, a cała oprawa sceniczna nie wyróżniała się niczym na tle np. tego, co mieliśmy w cyrku. Największy zawód festiwalu. Próbowałem pocieszyć się biegnąc na Fjaaka, ale niestety nie utrzymał mojej uwagi. Na szczęście w kolejce czekały na mnie dwie bardzo oczekiwane sety i trochę szkoda, że najlepsze rzeczy zostały na sam koniec, gdyż powoli dopadało mnie zmęczenie. Na pierwszy rzut Mall Grab i jego lo-fi house’owy set na Burn Stage. REWELACJA. Nogi same rwały się do tańca. Podobnie jak na Kobosilu, pod którym podłoga się trzęsła. To jeden z tych momentów festiwalu, który zapamiętam na długo. Gość nie dawał za wygraną, to było techno pierwszej klasy.

Drugi dzień, nie dawał za wygraną zarówno muzycznie, jak i pogodowo. Festiwalowiczów oczekujących Jona Hopkinsa przywitał deszcz, który jednak nie wygonił ich, a wręcz przeciwnie, idealnie komponował się z dźwiękami i wizualizacjami tego zdolnego muzyka. A właśnie, jak wartstwa muzyczna? Perfekcja. Koncert był przemyślany od pierwszego do ostatniego dźwięku. Stopniowanie napięcia, aranżacje utworów i ich ciągłość. Najważniejsza była jednak JAKOŚĆ, aczkolwiek pamiętajmy, że mamy do czynienia z artystą, którego ostatnie dwie płyty zasługiwały na miano jednego z najlepszych albumów danego roku. Przede wszystkim jednak, będąc na jego koncercie, czułem, że jestem na koncercie elektronicznym w pełnym tego słowa znaczeniu. Podobnie zresztą miałem z koncertem Modeselektor i choć on nie poruszył mnie tak jak Hopkins, tak było to po prostu bardzo dobrze zagrane elektroniczne show. Minus za spóźnienie, plus za śmieszną konferansjerkę Seby.

To jednak nie były jedyne highlighty soboty, bo o wysoki poziom tego dnia dbał Kolsch, który bardzo dobrze sprawdził się jako DJ. Miło słuchało się również setów dwóch Oliverów – najpierw Huntemanna, potem Koletzkiego, ale nie były to jakieś sety zapadające w pamięć. Co innego Shlohmo, który był moim największym zaskoczeniem tegorocznej edycji. Henrego Laufera cenię od dawna, lecz bardziej kojarzyłem z mrocznego, wręcz depresyjnego brzmienia. Jakież to było moje zaskoczenie, kiedy wszedłem do Kosmosu i doznałem… kosmosu. Chłopak łupał jak nie wiem co, podłoga się trzęsła jak na Kobosilu. Techenko na pełnej. Podobnie Blawan, jeden z moich ulubieńców obecnej sceny elektronicznej, postanowił zaprezentować mroczny, ale jednocześnie szybki set. No i Charlotte de Witte, na którą bez powodu jest aż taki hype. Ma talent. Festiwal zakończyłem chilloutowym setem CJ Arta, jednocześnie będąc pełnym zachwytu nad chillout zone. Swoją drogą, bardzo bym się ucieszył (i myślę, że nie tylko ja), gdyby w przyszłym roku inne festiwale również skupiły się na stworzeniu takiej strefy, gdyż, mimo wszystko, w natłoku muzyki i atrakcji, trzeba czasami powiedzieć stop – chociaż na chwilę.

Reasumując – tegoroczny Audioriver wspominam naprawdę dobrze. Czy wrócę w przyszłym roku? Jeśli będzie taka możliwość to jak najbardziej. Coraz bardziej przyzwyczajam się do tego festiwalu i powoli nie wyobrażam sobie ostatniego weekendu lipca w innym miejscu.

[fot. Materiały prasowe]

Tagi: ,




Back to Top ↑