Kultura

7 października 2018 | Agata Drozd

0

Po Transgresjach [relacja]

Od trzeciej edycji festiwalu Transgresje minęło już trochę czasu, ale my będziemy wspominać ją jeszcze długo.

Tegoroczny festiwal Transgresje trwał od czwartku 27 września do soboty 29 września. Tym razem organizatorzy postanowili wybrać jako hasło przewodnie słowo „Spokój”. Większość koncertów, wystawy oraz warsztaty odbywały się w Kinoteatrze Grunwald, a afterparty w klubokawiarni PERS. Podsumowaliśmy w relacji te elementy festiwalu, które z różnych powodów najbardziej zapadły nam w pamięć.

Wystawa

Chociaż czwartek został potraktowany przez organizatorów w charakterze rozgrzewki przed kolejnymi dniami, nie mogłam narzekać na brak atrakcji. Dzień rozpoczął się otwarciem wystawy „Spokój”, składającej się z siedmiu instalacji i jednego performansu rozlokowanych w różnych częściach budynku. Dzięki temu mogliśmy poznać zakamarki Kinoteatru Grunwald, których nie zobaczylibyśmy podczas samych koncertów. Najbardziej spodobała mi się instalacja Bartosza Zaskórskiego, stanowiąca fragment cyklu „Wsie”: „zmyślonego badania zmyślonych miejscowości z użyciem zmyślonej i niesprecyzowanej metodologii”. Na ostatnim piętrze kinoteatru mogliśmy posłuchać absurdalnej relacji ze wsi numer dziesięć, której mieszkańcy znaleźli sposób na odnalezienie spokoju pomimo niesprzyjających warunków. Zaciekawił mnie też pomysł Natalii Wiśniewskiej, która spotykała się z osobami poznanymi m.in. na Tinderze, żeby wspólnie układać mandalę z potłuczonych kafli i rozmawiać. Szkoda tylko, że nie udało się dokończyć tego projektu w trakcie trwania festiwalu – pozostaje nam mieć nadzieje, że któregoś dnia gotowa mandala pojawi się w PERS-ie, tak jak zapowiadała artystka.

atem

W czwartkowy wieczór scena została oddana lokalnym muzykom. Jako pierwszy zagrał zespół atem, wyjątkowo z Maciejem Klimiukiem na gitarze basowej. Obok utworów, które znamy chociażby z ich konta w serwisie YouTube, mogliśmy posłuchać także nowego materiału. Na przekór motywowi przewodniemu festiwalu, zaprezentowali w nim swoją bardziej energiczną i taneczną stronę. Na ogół przeważały jednak spokojne, dreampopowe kompozycje, z których znany jest zespół. Po tym koncercie z ciekawością czekam na ich pierwszy album, który – jeśli wierzyć zapewnieniom muzyków – jest już nagrany i prawie gotowy do wydania.

Jacaszek

Występ Jacaszka i Hani Malarowskej był urzeczywistnieniem hasła przewodniego festiwalu. Delikatny wokal oraz harmonijne połączenie akustycznej i elektronicznej muzyki pozwoliły mi naprawdę zrelaksować się po długim dniu. Koncert obył się bez większych niespodzianek, a artyści ograniczyli kontakt z widownią do minimum, ukrywając się zupełnie za swoją muzyką. Po pewnym czasie moje zrelaksowanie zaczęło więc przechodzić w lekką senność, a ja zapadałam się coraz głębiej w fotel. Nie przeszkadzało mi to jednak wcale, bo niewiele jest lepszych rzeczy od odrobiny lenistwa przy pięknym podkładzie muzycznym.

NOON

Zupełnie inaczej wyglądał koncert NOONa. Mikołaj Bugajak nie tylko nie usunął się na dalszy plan, ale momentami wręcz sprawiał wrażenie, jakby próbował odciągnąć naszą uwagę od występu przy pomocy nieco tandetnej konferansjerki (słusznie przyrównanej w pewnym momencie do mazurskiej nocy kabaretowej). Najbardziej suche żarty były kwitowane przez Marcina Awierianowa uderzeniem w perkusję, co jeszcze potęgowało ich niezręczność. Niech jednak pierwszy rzuci kamień ten, kto ani razu się nie zaśmiał – ja się nie powstrzymałam. Na szczęście muzyka była na tak wysokim poziomie, że żadne wygłupy Bugajaka nie byłyby w stanie jej przyćmić na dłużej niż chwilę.

Wojciech Bąkowski

Wojciech Bąkowski znany jest nie tylko z działalności muzycznej, ale również wszelakich performance’ów. Nic dziwnego, że na swoim koncercie również nie pozostawił widza obojętnego na doznania wizualne. Początkowo można było pomyśleć, że Bąkowski nie jest ważny na tym koncercie. Po cichu mknął po scenie w rytm eksperymentalnej muzyki elektronicznej, podświetlając swoje instrumenty zapalniczką. Ten minimalizm nie trwał jednak wiecznie. Z czasem występ nabrał większych rozmiarów – artysta zaczął coraz bardziej eksperymentować ze światłem, krążąc po scenie i wypowiadając momentami grafomańskie wersy w stylu „kręć się słoneczko ty k**wo” czy „świat mi wali sercem”. I właśnie tego typu wyrażenia były nie do końca potrzebne na tym koncercie, gdyż muzycznie i wizualnie była to pierwsza klasa.

Kammerflimmer Kollektief

Kammerflimmer Kollektief mają dosyć ciekawą dyskografię. Z jednej strony znajdziemy tam albumy minimalistyczne, nu-jazzowe, a z drugiej zaś awangardowe, eksperymentalne. Tak też było na tym koncercie. Zespół umiejętnie budował napięcie, serwując spokojne, wręcz relaksacyjne nuty, aby w pewnym momencie eksplodować. Przede wszystkim jednak całość była umiejętnie wyważona, dzięki czemu ani jedna chwila koncertu nie wydawała się nudna. Momentami można było się poczuć jak na koncercie Can, co dla kontynuatorów niemieckiej awangardy powinno być najwyższą formą pochwały.

Jan Jelinek

Jan Jelinek postanowił zaprezentować live w stu procentach. Jego biurko, na którym stał syntezator modularny i lampka, było wyświetlane na rzutniku. Dzięki temu mogliśmy obserwować każdy ruch Jelinka, sprawdzając, czy czasem nie gra muzyki z odtwarzacza muzycznego (zainteresowanych odsyłam do burzy, która wyniknęła po koncercie Justice – niektórzy krytycy muzyczni zarzucali zespołowi odgrywanie utworów i brak inwencji twórczej podczas występu na żywo). Odkładając żarty na bok, niesamowitym doświadczeniem było obserwowanie, z jaką precyzją tworzy muzykę na żywo, posługując się miliardem pstryczków, które dały ciekawy rezultat. Otrzymaliśmy bowiem ambient, jednak w tej cięższej, graniczącej z muzyką drone’ową odsłonie. Całość dla niektórych (bazuję na rozmowach z odbiorcami) mogła być momentami niestrawna, jednak w ostatecznym rozrachunku na pewno była intrygująca i ciekawa.

Minilogue

Doceniam zaproszenie tak ciekawego artysty jak Minilogue do Torunia, aczkolwiek nie wszystko zagrało tak, jak powinno. Ulokowanie go w kinoteatrze z miejscami siedzącymi było lekkim strzałem w stopę. Bo przecież, jak mawiał Wojtek Kucharczyk, „do techno się, kurde, nie siedzi”. W moim odczuciu ciekawszym rozwiązaniem byłoby przenieść Minilogue na afterparty, a w jego miejsce ulokować Mchy i Porosty. Dokładnie jak rok temu Rhythm Baboon w NRD – to był strzał w dziesiątkę, aby ludzie mogli, parafrazując Funkadelic, otworzyć swój umysł i pozwolić reszcie za nim podążać. Reasumując: ciekawy występ, który mógł zostać odebrany jeszcze lepiej, gdyby tylko pozwalały na to warunki.

Kinoteatr Grunwald

Budynek przy Warszawskiej 11 to jedno z tych miejsc, które mijamy każdego dnia, ale mało kogo zastanawia, co właściwie znajduje się w środku. Przez trzy dni mogliśmy zwiedzać zakamarki starego budynku, który momentami przywodził na myśl bardziej starą szkołę podstawową niż kino czy teatr – częściowo za sprawą wyciętych z papieru liter układających się w napis „Witamy na Transgresjach”, przywodzących na myśl uroczysty apel z okazji pierwszego września. Szkolny wystrój był jednak uzupełniony zdrową dozą brokatowego papieru i podświetlonych na różowo roślin, tworząc niecodzienną mieszankę stylów.

Na osobne wyróżnienie zasługuje oprawa wizualna sceny towarzysząca koncertom. Byłam pod wrażeniem tego, co można było stworzyć za pomocą kilkunastu reflektorów i sześciu lampionów – i nie ja jedna, bo był to częsty temat rozmów w przerwach między koncertami. Kolorowe kule znikające i pojawiające się za plecami muzyków czy intensywnie różowe snopy światła przecinające gęstą ciemność zdecydowanie robiły wrażenie. A wszystko to w starej sali z drewnianymi siedzeniami, której wystrój został wzbogacony o doniczkowe palmy.

Po trzeciej edycji Transgresji z niecierpliwością czekamy na kolejną. Zwłaszcza zapowiedzi kolejnych tematów, wśród których pojawiły się pomysły związane z roślinnością oraz z prowincjonalnym festynem, każą podejrzewać, że organizatorzy niejednym nas jeszcze zaskoczą.

Autorami tekstu są Piotr Grabski i Agata Drozd.

Tagi: , ,




Back to Top ↑