Muzyka

23 lipca 2018 | Michał Parafianowicz

0

Gorillaz – The Now Now

Po trasie promującej ich poprzednią płytę, Humanz, Gorillaz wciąż tworzy, choć nieco wolniej i w innym tonie. We wrześniu usłyszeliśmy Idaho, w marcu Hollywood. Przez kolejne miesiące czekałem z niecierpliwością na nowe piosenki, informacje, czy chociażby pogłoski dotyczące albumu. Ktoś napisał, że dostaniemy drugą część The Fall, na forum powstaje spekulacja na temat solowej płyty 2-D, wokalisty Gorillaz, a jak dowiadujemy się z mediów społecznościowych, Murdoc siedzi w więzieniu. Napięcie sięga zenitu – The Now Now ujrzało światło dzienne, czas na odsłuch!

Podobno na samym początku było słowo. Gorillaz tym razem zaczęło od czterech i zostały one przedstawione za pomocą grafiki Jamiego Hewletta na jego Instagramie.

https://www.instagram.com/p/BhwGfpXHNnX/?taken-by=hewll

I tak zespół rozpoczął promocję swojego kolejnego krążka. Choć wtedy jeszcze nikt (z wyjątkiem hardkorowych fanów, którzy zauważyli rejestrację numeru ISRC albumu trzy dni wcześniej) nie wiedział dokładnie o co chodzi, krążyły pogłoski o nowej płycie – pamiętniku z zeszłorocznej trasy promującej Humanz. Przewińmy taśmę, składając to w spójną całość. Pierwsza wzmianka o jednorożcach pojawia się w połowie kwietnia. 26 maja, na brytyjskim All Point East Festival można zobaczyć enigmatyczne plakaty nawiązujące do jednorożców, okraszone krótkim linkiem – „thenownow.tv”. Pięć dni później tajemnica wyjaśnia się sama poprzez premierę dwóch singli – HumilityLake Zurich.



 

Płytę otwiera lekkie i przyjemne Humility, z którego wylewa się wakacyjny klimat. Gitarowe partie George’a Bensona współgrają z elektronicznym tłem, a oko cieszy teledysk wyprodukowany pod nadzorem Hewletta. Pomimo swojej prostoty, utwór nie jest prostacki. Zaczyna się nieźle.

Ten singiel został wypuszczony jako pierwszy, stanowi pewnego rodzaju twarz płyty. A skoro o niej mowa, wypada jeszcze wspomnieć o oprawie wizualnej. Jamie Hewlett nie zawodzi fanów, tworząc wysokiej jakości animację do tego teledysku, wizualizację do pozostałych singli oraz okładkę, która przedstawia wirtualnego wokalistę 2-D. Estetycznie i adekwatnie. Wróćmy jednak do muzyki.

Kolejnym utworem jest Tranz – syntezatory obniżają swój ton, więcej dynamizmu, więcej mroku. Jeśli chodzi o interpretacje tekstów, najciekawszymi „obozami” są filozofowie, według których Tranz opowiada o ludziach stających się własnymi parodiami, pokracznymi wersjami samych siebie, oraz ruch LGBT, który bardzo do siebie bierze tytuł piosenki.



 

Dlaczego opisałem akurat te dwa utwory, właśnie w takich aspektach? Bo przez kolejne pół godziny Albarn robi praktycznie to samo. Żeby ułatwić sobie nawigację między wszystkimi piosenkami z The Now Now stworzyłem nawet banalną ściągawkę: każdy z utworów można przydzielić do jednej z trzech głównych kategorii – „party-synth” (Tranz, Hollywood i bardzo Daft Punkowy Sorcererz) „delikatna kąpiel w morzu” (Humility, Kansas, Idaho, Magic City, Souk Eye) i „umiarkowany, syntetyczny prysznic” (Lake Zurich, Fire Flies, One Percent).

W kilku piosenkach pojawia się również motyw miast, które odwiedził zespół podczas swojej trasy koncertowej w USA. Wśród nich znajduje się Hollywood – jedyny utwór, w którym 2-D podzielił się z kimś mikrofonem. Jamie Principle zachęca ludzi do klaskania, Snoop Dogg coś zarapował, można bawić się dalej.



 

Z wielką przyjemnością słuchało mi się Fire Flies. Gdyby cały album był nieco bardziej różnorodny, ten utwór mógłby być odpowiednikiem wyjątkowego w kontekście płyty Humanz utworu Busted and Blue. Głęboki bas i ciężkie syntezatory ze smutnymi klawiszami doprawione delikatnym wokalem Albarna, przedstawiającego swoje obawy przez animowaną postać – to wszystko sprawiło, że Fire Flies uplasowało się na drugim miejscu w moim rankingu piosenek z tej płyty. Który utwór zajął pierwsze? Bez wątpienia Souk Eyes, które wieńczy The Now Now.



 

Zakończenie brzmi tak jak powinno – słysząc delikatną gitarę, myślę: ostatnia scena, restauracja, snobistyczne romansidło. Dostajemy ostatni posiłek dzisiejszej uczty, deser. Elektronika zaczyna powoli przedzierać się między analogowymi brzmieniami tylko po to, by zostać zalana odległym, pogłosowym wokalem. Między flirtowaniem głównego bohatera z Miastem Aniołów znajdujemy kawałeczki puzzli odpowiedzialne za kolejną część historii zespołu, tak uwielbianej przez fanów. Tempo wzrasta, wzrastają syntezatory, moment kulminacyjny, ostatni refren i łagodny zjazd – powoli cichną dźwięki przesteru, klawiszy i gitary, a na samym końcu rozpływają się cymbałki.

Na początku, jak każdy porządny „fanboj”, zachłystnąłem się nową twórczością swoich ulubieńców. Kilka odsłuchów później, kiedy poziom dopaminy wrócił już do normy, stwierdzam ze smutkiem, że ta płyta jest po prostu poprawna. Pokochałem Gorillaz za zabawę muzyką, za ryzyko związane z eksperymentowaniem. Na tej płycie tego nie doświadczymy – Albarn doskonale wie o tym, że wystarczy trochę zawyć a fani będą wniebowzięci, co też sumiennie czyni przez całą płytę.

Pomimo braku innowacyjności, The Now Now brzmi po prostu dobrze. To nadal ta sama piaskownica Albarna i Hewletta, w której fani Gorillaz znajdą mnóstwo radości, choć gdyby to zależało ode mnie, dodałbym tam ze trzy nowe zjeżdżalnie i kolejkę górską.

[fot. materiały prasowe]

Tagi: , ,




Back to Top ↑