Muzyka

22 maja 2018 | Julia Starachowska

0

Arctic Monkeys – Tranquility Base Hotel & Casino

Arctic Monkeys na swojej najnowszej płycie zapraszają nas do starego hotelu na księżycu. Zespół odkrywa świat znacznie różniący się od tych, jakie prezentował na każdym z poprzednich albumów. Nie są to już ich rodzinne brytyjskie ulice, na których kręcą się podejrzane typy i młodzież żądna przygód, gdzie znajdowaliśmy się podczas słuchania pierwszych krążków grupy. 

Nie jest to też słoneczno-burzowa Kalifornia, do której przenieśli się później Brytyjczycy. Żadne rockandrollowe imprezy, chociaż Turner wciąż za dużo czasu spędza w barach, jak śpiewa w „She Looks Like Fun”. W hotelu i kasynie Tranquility Base spotkamy Alexa, który schował swoją gitarę i zastąpił ją pianinem. Będzie nas nawiedzał niczym duch, a na sam koniec wyzna, że nie przestał nas kochać, ale zacznijmy od początku.

Uwielbiam Arctic Monkeys i chyba na żadną inną płytę nie czekałam tak bardzo jak na „Tranquility Base Hotel & Casino”. Szósty longplay arktycznych małp został wydany 11 maja, pięć lat po „AM”, która była wielkim komercyjnym sukcesem. Grupa, która zadebiutowała paręnaście lat temu, przez wielu uważana jest już niemal za legendarną, a „I Bet You Look Good On The Dancefloor” za hymn brytyjskiego indie rocka. Zespół jednak, mimo swoich sukcesów, od samego początku wydawał się dystansować od medialnego szumu wokół. Lubił zaskakiwać, czasem swoim zachowaniem, czasem muzyką. Ich najnowszą płytę widzę jako kolejny kij wsadzony w mrowisko i dowód niezmiennej niepokorności.

Album ten określiłabym jako niepiosenkowy – brak na nim chwytliwych refrenów, które po pierwszym przesłuchaniu nie chcą się odczepić od słuchacza. Płyta jest spójna i wydaję się być nierozerwalną całością o niedzisiejszym brzmieniu. Po tej dziwnej, mistycznej przestrzeni poruszamy się w wolnym tempie. Nie znajdziemy tam już ścigania się perkusji z basem i gitarami. Wszystko jest zawieszone gdzieś w innej galaktyce, przywołującej na myśl stare filmy czy literaturę science-fiction, którymi inspirował się Alex.

Mimo że muzycznie Arctic Monkeys postawili na duże zmiany, teksty lidera wciąż są nieprzeciętne i często obszerne. Brytyjczyk dalej używa oryginalnych metafor i porównań by opisać swoje obserwacje. Wystarczy przywołać przykład intrygującego tytułu „The World’s First Ever Monster Truck Front Flip”. Jednak głos, którym wokalista wyśpiewuje swoje przemyślenia, zdecydowanie dojrzał przez dwanaście lat od debiutu. Raz ujmuje falsetem, by później zamienić się w niepokojąco niskie chórki.



 

Jako nałogowa fanka zespołu, którą jestem od ładnych paru lat, mam ochotę ponarzekać, że kiedyś to były czasy. Jednak przez te lata ja przestałam być licealistką, a Arctic Monkeys przestali być zbuntowanymi młodzieńcami. Wszystko się zmienia. To oczywiste i jak najbardziej dobre. Liczyłam na to, że ci już mężczyźni, a nie chłopcy, będą eksperymentować, a nie stać w tym samym miejscu i ogromnie cieszy mnie, że nie wydali przebojowej „AM nr 2”. Chociaż słychać wpływy The Last Shadow Puppets – projektu, w którym Alex śpiewa ze swoim przyjacielem Milesem Kane’em – nie jest to też, na szczęście, „Everything You’ve Come To Expect nr 2”. Pomimo tego, nie mam ochoty często wybierać się w ich kosmiczną podróż. I nie chodzi mi tu o sam klimat, który robi wrażenie, czy zdecydowanie mniejszą ilość gitar. Na Tranquility Base Hotel & Casino przeszkadza mi trochę za dużo monotonnej ciężkości, która nie niesie za sobą nic więcej. Nie wciąga mnie w ten świat, a po prostu nudzi.

Każdy z poprzednich albumów grupy potrafił mnie, prędzej czy później, zachwycić. Jeśli chodzi o ten najnowszy, „The World’s First Ever Monster Truck Front Flip”, „Star treatment”, „Golden Trunks”„The Ultracheese” zawracają mi trochę w głowie, ale w całej płycie zakochać się nie potrafię. Może potrzeba mi więcej czasu? W końcu znamy się tylko kilka dni.

[fot. materiały prasowe]

Tagi: ,




Back to Top ↑