Muzyka

2 listopada 2017 | Piotr Paczkowski

0

Dwa razy Taco – rzecz o współczesnym Hemingway’u

W 2012 roku Taco Hemingway był gościem, który grał za małe stawki i przyciągał pod scenę najwyżej kilkanaście osób, a na swoim kanale na YouTube wrzucał filmy z Ibrą i Ronaldo. Dziś jest jednym z najpopularniejszych raperów w Polsce, a bilety na jego koncerty są wyprzedane… do połowy grudnia.

Taco to dla mnie fenomen. Wydał kilka EP-ek, jeden solowy album i stał się “głosem pokolenia”. Odniósł się do nadania mu tego miana m.in. w numerze “WOSK”, w którym wprost krytykuje swoje otoczenie: “Jestem głosem pokolenia, które nie ma nic do powiedzenia”. Mimo tego, pokolenie nadal go słucha. Pytanie tylko, w którym momencie zdecydowało się wejść w świat szlugów i kalafiorów. Przypuszczam, że “Young hems” z 2013 nie dotarło do większości dzisiejszych fanów rapera. Rewolucja zaczęła się wraz z “Trójkątem warszawskim”, wydanym rok później. Siedem kawałków, w tym takie rzeczy jak “Wszystko jedno”, “900729”, czy “Mięso” rozpoczęły “coś”, co zaskoczyło chyba nawet samego Taco. Popularność rosła, a wydanie “Umowy o dzieło” w 2015 okazało się strzałem w dziesiątkę. “Następna stacja”, “Sześć zer”, i “Awizo” stały się przepustką do świata dużych rzeczy i dużych liczb. Wybuchły trasy koncertowe, a ludzie zaczęli robić “biznesy” na sprzedaży biletów – chętnych było tylu, że zainwestowanie w dodatkowy bilet było bardzo opłacalne.



W 2016 przyszedł czas “Marmuru”, ale zanim dostaliśmy pierwszy pełnoprawny album od warszawskiego rapera, nieoczekiwanie pojawił się “Wosk”, czyli rzecz, którą osobiście wspominam najlepiej. O ile LP okazało się lekkim zawodem, o tyle krótki materiał, składający się z sześciu numerów, zniknął gdzieś w zalewie postów o “Marmurze”. A szkoda, bo w tych kilkudziesięciu minutach muzyki Hemingway zawarł mieszankę starego, nieco wyeksploatowanego stylu, z innowacjami. Zaczął mówić wprost o doświadczeniach i pokazał nieco swojego życia.

W tym momencie dogoniliśmy teraźniejszość, ponieważ przechodzimy do najnowszego wydawnictwa Taco, które zowie się „Szprycer”. Nazwa bardzo specyficzna i na pewien sposób warszawska, treść już nieco inna. Raper poeksperymentował i wyszło mu to… jakoś. Przeciwnicy albumu krzyczą że tandetne i nuda, zwolennicy masowo wykupują bilety.



Z Taco mam mały problem. Z jednej strony cieszę się, że rap po raz kolejny udowodnił swoją popularność, z drugiej jednak marzy mi się, aby bilety na koncerty B.O.K., Łony, czy Oxona sprzedawały się równie szybko. Trasa promująca „Szprycer” to 13 miast, 18 koncertów i, uwaga, 23.000 sprzedanych wejściówek. Jedni są dumni z fotek strzelonych na koncertach, inni mają kolejne 23.000 powodów, aby odpalić „Season of the Assasin” i narzekać na polski rap.

Tak czy inaczej, niedługo będziemy mieć okazję do sprawdzenia kawałków Taco na żywo. Raper zagra dwa koncerty w Dworze Artusa, oba odbędą się wieczorem 4 listopada. Mimo tego, że zdecydowanie wolę Big Pun’a niż Lil’ Wayne’a, pojawię się na koncercie. Choćby po to, aby zobaczyć, czy zestresowany i bardzo skromny raper, którego widziałem od Open’erze w 2015 roku, dorósł scenicznie i potrafi pokierować rządnym szprycera tłumem.

TACO HEMINGWAY w DWORZE ARTUSA

1 koncert – 4.11.17.
drzwi: 17:00
początek koncertu: 18:00

2 koncert – 4.11.17
drzwi: 20:30
początek koncertu: 21:30

[fot. oficjalny profil Taco na fb]

Tagi: , ,




Back to Top ↑