Kultura

13 lipca 2017 | Piotr Grabski

0

Weekend pod znakiem nowej muzyki – relacja z Tauron Nowa Muzyka Festiwal 2017

Nieczęsto udaje się mi się zobaczyć tak dużo różnorodnej muzyki w jeden weekend. Tak było przez trzy dni w Katowicach. Czy opłaciło się spędzać ponad dwanaście godzin dziennie na koncertach?

Dwunasta edycja Tauron Nowa Muzyka Festiwal obfitowała w masę ciekawych artystów, o czym pisałem tutaj. Po trzech dniach oglądania koncertów moje wrażenie pozostało takie samo. Tego dobra było aż za dużo i choćbym się dwoił i troił – nie sposób było zobaczyć wszystko. Ale co zobaczyłem, to moje i o tym Wam opowiem, bo tak jak pisałem po pierwszym dniu festiwalu – „jest co opisywać”.

Przejdźmy więc do sedna relacji:

CO NA PLUS?

Poziom koncertów. Fakt, było parę rozczarowań, ale większość artystów zagrała dobrze, zgodnie z oczekiwaniami. Nawet jeśli lekko zawiedli, to nie były to najgorsze występy – po prostu spodziewałem się czegoś lepszego; nie wybijały się na tle festiwalu lub po prostu nie były to najlepsze koncerty tych muzyków. Ale spokojnie, widziałem gorsze rzeczy. Wielu artystów chciałoby grać tak dobre koncerty jak wspomniane rozczarowania.

Różnorodność line-upu. Mieliśmy powracających po 20 latach Porter Ricks, więc w miarę szybko zostali zabookowani. Mieliśmy też Mchy i Porosty, czyli dosyć świeży projekt, czy Basińskiego grającego tribute dla Davida Bowiego – również rzecz raczej nowa. Mieliśmy trochę rapu (Taco Hemingway, Ten Typ Mes, Princess Nokia), elektroniki (Porter Ricks, Paula Temple), jazzu (Food & Hilde Marie Holsen, LOTTO), world music (Mark Ernestus’ Ndagga Rhythm Force)… długo by wymieniać.



Secret Stage o 4:00 to coś pięknego. Masa osób wyciskających resztki sił, aby bawić się do setu Michaela Mayera i spędzić ostatnie chwile ze znajomymi, których widują tylko na festiwalach. Niesamowity widok.

DnB Stage o 20:00 faktycznie świeciła pustkami, ale około 23:00 bawiła się już spora liczba osób. To dobrze wróży na przyszłość – jeśli pojawi się nowa scena to prędzej czy później zbierze wielu entuzjastów.

CO MNIE ROZCZAROWAŁO?

Niestety, nie wszystko złoto, co się świeci i jakkolwiek Gang Gang Dance nie zagrali najgorszego koncertu, na jakim byłem na Tauronie, to jednak nie było to idealne widowisko. Zabrakło eksperymentów – Saint Dympha przoduje w tym temacie, a tymczasem zespół grał głównie utwory z Eye Contact. Byłoby to w porządku, gdyby materiał został dobrze ograny, lecz tego właśnie zabrakło. Zbyt długie improwizacje przyćmiewały faktyczny poziom albumu. Ponadto, rozumiem, że utwory GGD nie należą do najkrótszych, ale cztery kompozycje w trakcie godzinnego setu (a właściwie pięćdziesięciominutowego) to trochę za mało.

Mając w pamięci ciekawy występ z audiowizualizacjami, odegrany przez pattena w 2014 roku, liczyłem, że Christian Löffler wraz z Mohną zbliżą się poziomem, a nawet go przebiją. Niestety, mimo wielkiej sympatii do wspomnianych producentów (a już w szczególności do Löfflera – sprawdźcie jego twórczość!), koncert rozczarował. Wyszło trochę przewidywalnie i przede wszystkim – niezbyt ciekawie.



Nazira, która miała być czarnym koniem festiwalu, zaprezentowała muzykę do stania pod ścianą, lecz zrobiła fajny wstęp do Princess Nokia, której, swoją drogą, była DJ-ką. W koncercie Ho99o9 też mi czegoś zabrakło – to się chyba nazywa moc, z którą byli utożsamiani w relacjach po OFF Festivalu sprzed dwóch lat.

Rozczarowała mnie również frekwencja na koncertach niektórych muzyków. Mchy i Porosty, Chloe Martini czy Mazut to naprawdę dobrzy artyści i smutno się patrzy na niemalże pustą widownię. Nadróbcie nieobecności jeśli będziecie mieli okazję, bo szkoda, żebyście przepuścili dobry występ, prawda?

Rozczarowujące było również to, że trzech najciekawszych artystów grało o tej samej godzinie. Mam na myśli Gang Gang Dance, Forest SwordsShackleton. Niemniej jednak, zdaję sobie sprawę, że stworzenie takiego harmonogramu, aby się nic nie pokrywało jest po prostu trudne. Pocieszam się faktem, że Forest Swords jesienią zagra w Warszawie, więc będę mógł nadrobić. Wacław Zimpel na scenie kameralnej w NOSPR również mógł fajnie wybrzmieć, ale cóż…



CZEGO ŻAŁUJĘ?

Mimo wszystko swojej nieobecności na Food & Hilde Marie Holsen, którzy mogli zagrać intrygujący koncert. Żałuję też, że nie wpadłem choć na dziesięć minut na Mark Ernestus’ Ndagga Rhythm Force, ale pokrywał się z innym koncertem, o którym jeszcze przeczytacie w tym wpisie. Nie dotrwałem do Dr. Rubinstein, ale nawet dziennikarz musi spać. Po paru ostatnich minutach na Hercules and Love Affair stwierdzam, że mogło być super i następnym razem na pewno wpadnę na dłużej! No i Mazut, którzy zostali trochę wyparci przez Secret Stage Michaela Mayera. Widziałem frekwencję na zdjęciach i biję się w pierś.



CO BYŁO NAJLEPSZE?

Tak, to Róisín Murphy, do której koncertu podchodziłem sceptycznie, gdyż widziałem ją wcześniej na Audioriverze. To ona stworzyła najlepsze widowisko na festiwalu. Ciekawa setlista, która, jak było słychać, została wcześniej wystarczająco dużo razy ograna. Każda minuta była przemyślana. Do tego performance – milion kostiumów, taniec – cała Róisín. Usłyszałem również mój ulubiony singiel obecnej dekady – Exploitation, który został zagrany perfekcyjnie. No i taka luźna refleksja na koniec – ach, żeby na GGD dzień wcześniej była taka frekwencja… Rewelacyjny koncert, śmiem twierdzić, że jeden z najlepszych, na jakich byłem w swoim życiu.



Porter Ricks powrócili po dwudziestu latach i pokazali, że dub techno to nie tylko domena młodych artystów. Po pierwszych minutach koncertu wiedziałem, że to jedna z najlepszych rzeczy tego festiwalu i tak też pozostało do samego końca. Choć w rezultacie przegrali z Róisín Murphy, to elektronicznie nie mieli sobie równych…

… choć po piętach deptał im Clark. Ten gość w ogóle nie pozwalał odetchnąć – zaserwował rewelacyjny set, który przez mojego znajomego został określony jednym z najlepszych koncertów w jego życiu. Coś w tym jest – muzycznie i wizualnie broniło się to niesamowicie dobrze. To była jazda bez trzymanki.

O CZYM JESZCZE WARTO WSPOMNIEĆ?

Bardzo fajny koncert Hatti Vatti, który chyba wreszcie odnalazł swój styl i świetnie się prezentuje. Princess Nokia, która według niektórych jest kopią M.I.A., koncertowo udowodniła, że jednak jest jedyna w swoim rodzaju. Demdike Stare sprostali oczekiwaniom – nie byłem na drugim tak ciężkim koncercie. Nawet AUX 88 nie grali tak intensywnie, choć również postawili na dobrą, ciężką elektronikę. Romare pokazał, że elektronika na żywych instrumentach potrafi się wybronić, a !!!, że można mieć nierówną dyskografię i mimo tego zagrać fajny koncert. Cieszę się, że wreszcie nadrobiłem koncert Kangding Raya i jeśli trzy lata temu na Audioriverze wiedziałbym, że gra tak dobre sety, to pewnie czekałbym w deszczu dłużej niż pół godziny, aby tylko go zobaczyć. Avalon Emerson zaprezentowała się bardzo dobrze, choć po tak mocnych Porter Ricks trudno było mi wrócić do rzeczywistości.



Nie wiem jak to się stało, że przyszedłem niemalże punktualnie na koncert Jana Jelinka, a usłyszałem tylko jeden utwór… być może zaczął wcześniej, a ja o tym nie wiedziałem – trudno. Niemniej jednak te parę minut zrobiło na mnie dobre wrażenie. Hipnotyzująca muzyka Mchy i Porosty zdecydowanie zasługiwała na większą frekwencję, podobnie jak Chloe Martini – rewelacyjny miks łączący r’n’b, pop, elektronikę i mainstreamowy hip-hop. Paula Temple wprowadziła mnie w niesamowity stan, jeszcze lepszy niż trzy lata temu. I-F, polecany mi przez wielu znajomych, nie rozczarował – tak fajnych setów łączących m.in. disco i funk nie słyszy się codziennie. Lucy – fajnie, choć nie wiem czy nie „tylko” fajnie. Michael Mayer w wielkim stylu zakończył festiwal, o czym wspominałem wcześniej w kontekście Secret Stage. No i last but not least, Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia grająca The Disintegration Loops Williama Basinskiego. Ciekawy początek, gdyż nie zaczęli od dlp 1, tylko od dlp 3. Przyznam, że chyba właśnie dlp 3 zrobiło na mnie większe wrażenie, niż główna kompozycja, lecz i ona miała swój wyjątkowy charakter w orkiestrowej wersji. Wszystko wynagradza fakt, że brałem udział w wydarzeniu, które przejdzie do historii – Basinski czekał od paru lat, aż ktoś wykona ten utwór na żywo i to, że po raz pierwszy stało się to w Polsce podnosi rangę tego wydarzenia. Ciekawość mnie zżera, czy powstanie z tego jakaś trasa. Jeśli tak, to polecam się wybrać, nawet jeśli nie przepadacie za dziełem Williama.

SŁOWO KOŃCOWE

Potwierdziło się to, co zauważyłem trzy lata temu – to przepiękny festiwal z niesamowitym klimatem. Nie bez przyczyny został on trzykrotnym laureatem nagrody „European Festival Awards” w kategorii „Najlepszy Mały Europejski Festiwal”. Te słowa potwierdzają też uczestnicy, z którymi miałem okazję rozmawiać (pozdrowienia!) oraz sami artyści. Czy warto było poświęcić weekend, aby zawitać na teren Muzeum Śląskiego do Katowic? Oczywiście.

Podziękowania należą się Tauron Nowa Muzyka Katowice oraz wszystkim, których miałem okazję zobaczyć na tym festiwalu. To m.in. dzięki ich rekomendacjom mogłem dla Was relacjonować koncerty, na które nie planowałem się wybrać, a zostałem na nie namówiony.

[fot. Radosław Kaźmierczak/Agencja LIVE Sp. z o.o.]

Tagi: , ,




Back to Top ↑