Recenzje

28 września 2015 | Patryk Przybyłowski

0

Iron Maiden – The Book of Souls (2015)

Po 14 latach od wydania Brave New World Iron Maiden powrócili do Guillaume Tell Studios w Paryżu, aby nagrać swój szesnasty album studyjny. Wycieczka do stolicy Francji zaowocowała jednym z najlepszych albumów w historii heavy metalu.

Prolog

Według pierwszych przymiarek płyta The Book of Souls miała ukazać się na początku tego roku. Niestety, w tym samym czasie świat obiegła wiadomość odnośnie choroby Bruce’a Dickinsona, który zmagał się z nowotworem, a rzesze fanów Ironsów wstrzymały oddech. Na szczęście, kilka miesięcy później Dickinson wrócił do zdrowia, a The Book of Souls znalazła swoje miejsce na półkach sklepowych. Przy pierwszym spotkaniu z albumem w oczy rzuca się przede wszystkim jego długość: 92 minuty heavy metalowego grania skompresowane w zaledwie 11 kompozycjach. Gdyby tego było mało, to na płycie znajdziemy najdłuższy utwór w dorobku zespołu – osiemnastominutowe Empire of The Clouds, a sama Księga Dusz jest pierwszym dwupłytowym wydawnictwem grupy. Sporo tego, jak na jeden album.

Na singiel promujący The Book of Souls wybrano Speed of Light – po kilkunastu dniach spędzonych z nowym dzieckiem Iron Maiden mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że był to strzał w dziesiątkę. Singiel naprawdę dobrze przygotowuje do obcowania z resztą materiału, wydaje mi się, że jest to najbardziej radiowy i przystępny utwór na płycie (oraz jeden z krótszych, co też pewnie nie było bez znaczenia :)). Nie brakuje w nim niczego: są wyraziste partie gitarowe, przyjemny, wpadający w ucho refren i odpowiednie ajronowe tempo.

Rozdział 1

The Book of Souls na dzień dobry wita nas porażającą kompozycją Dickinsona, If Eternity Should Fail. Już po syntezatorowym wstępie towarzyszącym wokalowi z głębokim pogłosem zorientowałem się, że kolejne półtorej godziny złapie mnie w swoje szpony i nieprędko z nich wypuści. Ten klimat, te gitary, ta kompozycja – po prostu cudo. No i koniec – szatański głos rozpoczynający swoją kwestię słowami Good day, my name is necropolis, a w tle gitara akustyczna. Brawo.

Płyta przez cały czas utrzymuje bardzo wysoki poziom, wręcz nieosiągalny dla większości obecnych zespołów heavy metalowych.

Idąc dalej natrafiamy na wcześniej wspomiany Speed of light oraz The Great Unknown. Utwór numer 3 trochę zwiódł mnie spokojnym początkiem, który bardziej brzmiał mi na początek ballady. Jednak już chwilę później klasyczny metalowy riff zapewnił mi uderzenie mocniejsze niż pięciokilogramowy młot. Muszę przyznać, że w ogóle dużo w tym utworze się dzieje: sporo przejść, zmian i oczywiście tego, co tygryski lubią najbardziej, czyli wyrazistych solówek. A na koniec znowu spokój.

Przeskakujemy dalej do The Red and the Black, który ze względu na refren ma największe szanse do zadomowienia się na koncertowych setlistach, pomimo tego, że trwa 13 minut i 33 sekundy. Zamykające pierwszą część When the River Runs Deep oraz tytułowe The Book of Souls (w którym przewijają się smyczki) również trzymają bardzo wysoki poziom, wręcz nieosiągalny dla większości obecnych zespołów heavy metalowych.

Rozdział 2

Po krótkiej przerwie na wymianę CD-ków w odtwarzaczu zostaję zabrany w sentymentalną podróż do The Number of the Beast, którą zapewnia Death or Glory. Moim zdaniem jest to utwór, który najbardziej przypadnie do gustu ajronowym purystom. Bez zbędnych ceregieli przeskakuję do harmonii w Shadows of the Valley i motywu przewodniego, który od razu zagnieździł się w mojej głowie. Tak naprawdę już po pierwszym przesłuchaniu The Book of Souls byłem w stanie przywołać poszczególne części każdego z utworów, co tylko i wyłącznie świadczy o klasie tego albumu.

Jeśli miałbym stworzyć zestawienie ich najlepszych albumów, to najnowsze wydawnictwo znalazłoby się w czołowej trójce.

Zbliżając się do końca natrafiamy na Tears of a Clown The Man of Sorrows, którym najbliżej do heavy metalowych ballad. Są one bardzo smakowitą przystawką, zwiększającą apetyt przed Empire of the Clouds. Co tu dużo mówić, finalny utwór jest po prostu arcydziełem. Niesamowity wstęp i koniec zagrane na klawiszach i smyczkach, muzyczna historia opowiedziana z niesamowitym rozmachem i… po prostu wszystko w tym utworze jest świetne.

Epilog

The Book of Souls to album pokazujący, że nie było, nie ma i (być może nigdy) nie będzie drugiego takiego zespołu jak Iron Maiden. Jeśli miałbym stworzyć zestawienie ich najlepszych albumów, to najnowsze wydawnictwo znalazłoby się w czołowej trójce.

Kończę pokłonem.

 

Zdjęcie: oficjalna strona zespołu

Tagi: , ,




Back to Top ↑