Film/Audio-video/Popkultura

3 czerwca 2015 | Martyna Janas

0

Sfera Movie – za rękę z X Muzą. W każdej odsłonie jak we własnej skórze

Dziś Sfera mówi o Danielu Day-Lewisie. To Oscarowy rekordzista, znajdujący się – obok Jacka Nicholsona i Waltera Brennana – wśród aktorów posiadających aż trzy statuetki za najlepsze role pierwszoplanowe.

 

 

W jego żyłach płynie irlandzka (za sprawą ojca) i żydowska (ze strony matki) krew, a urodził się w Wielkiej Brytanii 29 kwietnia 1957 roku. Oprócz angielskiego, ma obywatelstwo irlandzkie.

Studiował aktorstwo, a na dużym ekranie zadebiutował już jako nastolatek. Jego pierwszy film z prawdziwego zdarzenia to słynny „Gandhi” z 1982 roku, w którym otrzymał niewielką rolę. Kolejne, już bardziej znaczące, to m.in. kreacje w filmach: „Pokój z widokiem”, „Moja piękna pralnia”, „Nieznośna lekkość bytu”.

Aż w końcu pojawiła się biograficzna „Moja lewa stopa” i pierwszy spośród rekordowej liczby Oscarów za pierwszoplanową rolę męską. Kolejne przyszły wraz z występami w filmach „Aż poleje się krew” i „Lincoln”. Inne znane i cenione produkcje z Danielem to „Ostatni Mohikanin”, „W imię ojca”, „Bokser”, „Gangi Nowego Jorku” czy „Nine-Dziewięć”.

Daniel jest perfekcjonistą. Jego filmowe kreację powalają na kolana. To jeden z tych nielicznych aktorów, których nie poznajesz na ekranie, mimo że jesteś przyzwyczajony do jego twarzy i głosu. Zawsze powtarzam to w kontekście Ala Pacino, przy którym zauważyłam to po raz pierwszy, ale uważam, że z Danielem jest tak samo. On gra całym sobą. W danym momencie jest tylko i wyłącznie swoim bohaterem i jest nim w całości. Trudno rozpoznać w nim znanego z fotosów i wywiadów aktora.

O jego zaangażowaniu świadczy chociażby to, jak przygotowuje się do roli. Przed „Gangami z Nowego Jorku” poza planem nosił stroje z epoki, „W imię ojca” sprowokował go do spędzenie trzech dób w celi więziennej i zaprzestania snu, a przygotowując się do „Boksera” kilka miesięcy trenował boks.

Odnośnie angażu w musicalu „Nine-Dziewięć”, tak wspomina negocjacje z reżyserem Robem Marshallem: „Rob po prostu potrafi oczarować każdego, a dyskusja z nim jest z góry skazana na porażkę. Nie wiem, jak on to robi! Powiedziałem mu, że nie umiem śpiewać. Stwierdził: ‘Umiesz’. (…) Ktoś zagrał na pianinie, a ja zaśpiewałem, chcąc przekonać Roba, że mi to nie wychodzi. Na co on powiedział: ‘Widzisz, dasz radę’. Bo był pewien, że po ośmiu tygodniach prób każdy zaśpiewa tak jak trzeba. No i zaufałem mu”.

A czy Wy ufacie kreacjom tworzonym przez Daniela? Zgadzacie się ze mną, że w każdej odsłonie zdaje się czuć jak we własnej skórze?

 


Wykorzystane utwory:

Trevor Jones – Promentory (The Last Of The Mohicans)

Daniel Day-Lewis – Guido’s Song (Nine)

Tagi:




Back to Top ↑