Recenzje

4 sierpnia 2011 | Radio Sfera

Unearth – Darkness in the Light (2011)

„Darkness in the Light” – to 5 już LP amerykańskiej formacji pochodzącej z osławionego przez często występującego niegdyś w mediach polskiego korespondenta Massachusetts. Jako, że  mamy do czynienia z jednym z ciekawszych na ogranej do bólu scenie metalcore’owej zespołem, postanowiłem pochylić się również nad najnowszym dziełem tego projektu. Szybko jednak, wbrew nazwie kapeli, zostałem sprowadzony na ziemię.

Nie ukrywam, że Unearth to zespół darzony przeze mnie sympatią większą niż ustawa przewiduje. Z tego też powodu z niemałym entuzjazmem podchodziłem do najnowszego tytułu wydanego po raz kolejny nakładem słynnej Metal Blade Records. Pozostająca wciąż w pamięci bardzo dobra poprzedniczka (The March -2008) zaostrzyła mój apetyt na dobre, konkretne, mięsiste, nowoczesne, core’owe grzańsko.

Pierwsze sekundy obcowania z płytą potwierdziły moje oczekiwania – Watch It Burn zaczyna się riffem zagranym przy użyciu charakterystycznego brzmienia wioła, słychać mechaniczną sekcję w tle, Trevor Phipps w świetnej jak zawsze dyspozycji wokalnej wykrzykuje frazy z doskonale znaną manifestacyjną manierą – słowem stare, dobrze znane Unearth.

Pierwszy zawód przychodzi jednak dość szybko – w okolicach 2:30 pierwszego numeru z stąd ni z owąd w kawałku pojawiają się (sic!) czyste wokale i czar momentalnie pryska. Nie zrozumiałe przeze mnie ciągoty kapel omawianego nurtu do łączenia wody z ogniem zaraziły niestety, ostatni dotychczas bastion zdrowego rozsądku za jaki uważałem recenzowany band. W kolejnych bardzo dobrych na pierwszy rzut ucha numerach pojawiają się omawiane defekty, psujące odbiór całości. Wybrakowanie tak doskonałych kompozycji jak Shadows In The Light, Last Wish czy Overcome czystymi wokalizami powinno być karane z urzędu. Paskudna rysa na wypolerowanym perfekcyjnie szkle pozostawia niestety ogromny niesmak.

pisząc tę reckę jestem maksymalnie rozdarty między dzwiękowym uniesieniem a zniesmaczeniem objawiającym się przykrym grymasem na twarzy.

Wydawałoby się, że kapela tak doświadczona, grająca konkretny sound, nie wymierzy sobie perfekcyjnego strzału w stopę romansując z graniem słodkiego metalu dla nierozdziewiczonych dotychczas nastolatek. Jak pokazuje jednak życie, niczego nie można być pewnym – chłopaki pozazdrościli widocznie popularności swoim kolegom z All That Remains czy Killswitch Engage i postanowili na siłę wzbogacić swoją twórczość o coś czego w gatunku nie znoszę.

Gdyby edytować krążek i usunąć z niego omawiane potworki, można by pokusić się o napisanie samych superlatywów. Panowie w znacznej mierze pozostają bowiem na niwie energetycznego core’owego grania, nastawionego na technikę i pomysłowość. Płytka ma świetne, wpadające momentalnie w ucho momenty, solóweczki zagrane na 7 strunowych wiosłach po raz kolejny sprowadzają do parteru, słychać charakterystyczny dla amerykanów groove i cenioną przeze mnie ogromnie agresywną przebojowość. Dlatego też pisząc tę reckę jestem maksymalnie rozdarty między dzwiękowym uniesieniem a zniesmaczeniem objawiającym się przykrym grymasem na twarzy.

Mimo bowiem bardzo dobrych numerów, które z powodzeniem (pozbawione czystych przyśpiewek) mogłyby składać się na kolejną doskonałą płytę, Unearth serwuje nam krążek niezdecydowany, zagrany z nutą kalkulacji i chłodnego nastawienia na rynek. Ogromna szkoda, bo zespół wyróżniający się dotychczas na tle reszty homogenicznej sceny, na własne życzenie zniża się do poziomu szeregu. Mimo wciąż świetnego warsztatu, pomysłu kompozycyjnego i niemałego pokładu zdrowej energii najnowsze dzieło Unearth okazuje się najsłabszym z dotychczasowych.

Może i jestem czepialski, bo o ile w innych kapelach nurtu słodzone przyśpiewki (o ile nie pasują jak pięść do oka) strawić mniej lub bardziej potrafię, a suma sumarum na omawianym krążku występują one dość sporadycznie, to niestety – od ulubieńców wymagam dużo więcej.

Pozostaje mieć nadzieję, że panowie pójdą po rozum do głowy i następnym razem zamiast oglądać się za siebie i dostosowywać muzykę do kryteriów rynku, postawią na strumień własnej muzycznej świadomości. Ogromny potencjał wciąż bowiem w muzyce amerykanów słychać.

7/10 by Synu.




Back to Top ↑