Muzyka

2 czerwca 2014 | Aleksandra Pospieszyńska

0

Coldplay – „Ghost stories”

Minęły trzy lata i jak w zegarku na rynku pojawił się kolejny album Chrisa Martina i jego kolegów. Nowy materiał Coldplay zaskakuje elektroniką i melancholią.

Poprzednie albumy Coldplay przyzwyczaiły nas do dużej dynamiki utworów zebranych na krążku, chociażby Mylo Xyloto z 2011 r. W przypadku najmłodszego dziecka muzyków z Londynu trudno dopatrzeć się typowej dla Coldplay różnorodności. Melancholijna, spokojna muzyka przepływa leniwie, momentami mam wrażenie, że słucham jednego długiego utworu. Niabagatelny wpływ na taki odbiór ma zastosowanie elektronicznych beatów. Lecz elektroniczne eksperymenty nie ograniczają się tylko do beatów. Album otwiera i zamyka chór elektronicznych anielskich zastępów. Nawet głos wokalisty jest w „Midnight” przetworzony elektronicznie.

Po anielskich chórach przychodzi „Always in my head”. Bez fajerwerków, bez hałasu, za to wyraźnie zapowiada zmianę kursu w Coldplay. Pierwszy singiel z płyty, czyli „Magic” swoją melodyjnością zapewne wywalczy sobie miejsce w eterze i będzie chętnie grany przez rozgłośnie radiowe.

Słuchając „Ink” i „True Love” mam wrażenie banalności. Ot, dwa kawałki z ckliwym tekstem i mało porywającą aranżacją. Czyżby mariaż z Timbalandem nie był najlepszą opcją dla Coldplay? Po „True love” myślę, że na pewno nie.

„Midnight” – drugi singiel z albumu, to najciekawszy z zaproponowanych na „Ghost Stories” utworów. Szczególnie druga część utworu nawiązuje do klasycznego brzmienia muzyki elektronicznej, znanej z „Oxygen” Jeana Michelle’a Jarre’a. Jeśli dodamy do tego teledysk nakręcony w podczerwieni mamy całkiem psychodeliczną mieszankę.

„Jedno jest pewne – nie jest to album przebojowy, ale na pewno jest zaskakujący.”

W „Anothers arms” powracają anielskie głosy – damski wokal obwieszcza kolejny etap rozstania z bliską osobą. „Oceans” z kolei, to przepiękna ballada na gitarę i wokal. Nic dodać, nic ująć. Zaskakuje zakończenie – bijące dzwony kościelne niczym w „High hopes” Pink Floyd. Czyżby Martin wiązał z przyszłością właśnie wielkie nadzieje.

Dwa ostatnie utwory z płyty „A sky full of stars” oraz „O” to „prawdziwy” Coldplay. To dawka znanego do tej pory stylu zespołu, do którego zdążyli nas przyzwyczaić. „A sky full of stars”, trzeci singiel z albumu, wybija się z całego zestawu energią. Chociaż momentami przypomina muzykę z reklamy lodów Algida (Safri Duo – Played a Live), to jednak bezapelacyjnie moment ożywienia i przebudzenia na płycie. „O” to z kolei „typowa ballada” z marką Coldplay. Tekst chociaż optymistyczny tchnie melancholią i spokojem.

Czy szósty album studyjny w karierze grupy można traktować jako album koncepcyjny? Prawdopodonie tak. Podobno Martin przechodził trudne chwile po rozstaniu z żoną. Podobno. A może to tylko i wyłącznie syntezatorowy eksperyment? A może zwrot i przełom w karierze Coldplay? Jedno jest pewne – nie jest to album przebojowy, ale na pewno jest zaskakujący.

Zdjęcie: Warner Music Polska

Tagi: ,




Back to Top ↑