Film/Audio-video/Popkultura Zaklinacz koni

3 czerwca 2014 | Martyna Janas

0

Sfera Movie – za rękę z X Muzą. Każdy potrzebuje rancza i swojego zaklinacza

Filmowa X Muza miewa różne nastroje. Czasem jest bardzo melancholijna, zamyślona, rozmarzona. Powstają wtedy takie piękne filmy jak na przykład „Zaklinacz koni” z 1998 roku w reżyserii Roberta Redforda. Aktor, który swego czasu skradł niejedno damskie serce, gra w nim również główną rolę. U jego boku zobaczymy piękną i utalentowaną Kristin Scott Thomas.

„Zaklinacz koni” to film o wszystkim i o niczym. Na podstawie książki, od jej treści odbiegający. Pełen sprzeczności. Annie MacLean – taka chłodna, a tak delikatna. Tom Booker – taki twardy, a tak wrażliwy. A tuż obok czternastoletnia Grace, grana przez Scarlett Johansson – jej oczy pełne gorzkich łez, jej usta ozdobione promiennym uśmiechem.

Mała Grace, szczerze zaprzyjaźniona ze swoim koniem Pielgrzymem, ulega strasznemu wypadkowi. Podczas zimowej przejażdżki, jej przyjaciółka spada z konia i zaplątuje się w strzemię. Grace próbuje ją oswobodzić. Kierowcy nadjeżdżającej ciężarówki nie udaje się w porę zahamować. Pierwsza dziewczynka ginie, obrażenia postaci granej przez Johansson prowadzą do amputacji nogi, a jej koń zostaje ciężko ranny.

Grace pomału dochodzi do siebie. Opuszcza szpital, wraca do domu. Jest jednak zupełnie innym człowiekiem. Żal i rozgoryczenie coraz bardziej odsuwają ją od rodziny. Nie pomaga też surowe usposobienie zdystansowanej matki. Ta, nie pytając nikogo o radę i zgodę, postanawia zainicjować spotkanie Pielgrzyma z tzw. zaklinaczem koni – pomimo że weterynarze sugerują uśpienie zwierzęcia. Annie MacLean zabiera córkę i jej czworonożnego przyjaciela na ranczo Toma Bookera. Matka wierzy, że wraz z uratowaniem zdziczałego po wypadku konia, radość życia odzyska też Grace. Nie spodziewa się, że również jej świat może się wywrócić do góry nogami.

Płytkie, tuzinkowe romansidło z happy endem? Nie. Pełna emocji, wzruszająca opowieść, okraszona zapierającymi dech w piersiach krajobrazami. Pozwalająca odetchnąć. Ratująca nas od zgiełku miasta, oferująca chwilę refleksji nad własnym życiem na łonie natury, wśród życzliwych ludzi. Każdy z nas powinien udać się w pewnym momencie swojego życia na takie ranczo – na koniec świata – i odbyć zbawienną sesję ze swoim zaklinaczem. A jakie wyciągnie z tej podróży wnioski – zależy wyłącznie od niego…

Urzekła mnie bardzo jedna scena. Główni bohaterowie kradną w niej dla siebie jeden niewinny taniec. To wszystko, na co mogą sobie teraz wobec siebie pozwolić. Wykonywana wtedy przez Allison Moorer piosenka, którą właśnie słyszycie, na długo pozostaje w pamięci. Tutaj wspomniana scena:

 



 

Co myślicie?

Za tydzień zajmiemy się sylwetką wybitnego aktora, z którym również związana jest pewna wyjątkowa scena tańca. Tango.

Tagi:




Back to Top ↑