Film/Audio-video/Popkultura Najlepsze charakteryzacja i fryzury oraz kostiumy

6 lutego 2014 | Martyna Janas

0

Oscary 2014: „Zabili go i uciekł”

 Pytanie na rozgrzewkę: ile twarzy Johnnego Deppa znacie? Zdarzyło Wam się kiedyś oglądać film, o którym wcześniej nie słyszeliście i dopiero napisy końcowe uświadomiły Wam, że grał w nim właśnie ten gwiazdor? Ciekawe, czy rozpoznalibyście go w „Jeźdźcu znikąd”, który otrzymał od Akademii Filmowej nominację w kategorii Najlepsza charakteryzacja i fryzury. Znaczącą poszlaką mógłby być fakt, że Indianin Tonto ma w sobie wiele z kapitana Jacka Sparrowa. I to akurat mnie irytowało. Depp robił te same miny, tak samo się poruszał, przybierał ten sam sympatyczno-ironizujący ton.

Przez pierwszą godzinę nie mogłam odnaleźć sensu w fabule. Poszczególne sceny wydawały się być osobnymi skeczami zamiast tworzyć całość, wynikać jedna z drugiej. Byle jaki humor, nie śmieszne dialogi, kreskówkowe efekty. Sceny walki jak z „Toma i Jerry’ego”. Traf kobietę kamieniem w głowę, a ona zrobi zeza, upadając, by w kolejnej scenie dalej uporczywie biec. Coś w stylu „zabili go i uciekł”. Silenie się na wprowadzenie dramaturgii, dziwne ujęcia, przedłużane nie tam, gdzie trzeba. Widmowy Koń i przeciąganie głowy nieprzytomnego jeźdźca-ducha po jego odchodach. Nie ratuje tego chyba nawet muzyka Zimmera. Ale czasami miałam wrażenie, że wszystko to celowe zabiegi, a całość ma mieć charakter parodii. Gdy patrzyło się na film w ten sposób, nie było już tak źle. Należycie do tej części widzów, którym „Jeździec znikąd” przypadł do gustu? Byłabym bardzo wdzięczna za podzielenie się ze mną Waszą opinią odnośnie filmu. Czy rzeczywiście początkowo podeszłam do oglądania go w nieodpowiedni sposób?

Obok obrazu twórcy „Piratów z Karaibów” w omawianej kategorii zostały nominowane też „Jackass: Bezwstydny dziadek” i „Witaj w klubie”.

Z kolei za kostiumy wyróżniono takie produkcje jak: „Wielki Gatsby”, „American Hustle”, „The Invisible Woman”, „Wielki mistrz” i „Zniewolony. 12 Years a Slave”. Wygląda na to, że dziś mam dzień narzekania, bo chcę opowiedzieć Wam, że na tym ostatnim również się zawiodłam. 

„Zniewolony” to ekranizacja wspomnień czarnoskórego muzyka, który zostaje porwany i tafia do niewoli, a tam przez 12 lat zmaga się z zarówno z bólem fizycznym, jak i podstępnym poczuciem beznadziei.

Film dobry. Podobał mi się. Ale skąd aż 9 oscarowych nominacji? Wydaje mi się, że Steve McQueen nie pokazał niczego nowego. Filmy o niewolnictwie już były i to filmy całkiem niezłe. Dajmy na to, też oparty na prawdziwych wydarzeniach, nakręcony 16 lat wcześniej „Amistad” Stevena Spielberga, w którym to – grający pierwsze skrzypce w „Zniewolonym” Chiwetel Ejiofor, również wystąpił. Bardzo dobre role Morgana Freemana czy Anthony’ego Hopkinsa. Piękna muzyka Johna Williamsa. Zero nagród. Dlaczego? W czym „Zniewolony” go przewyższa? 

Od tygodnia obraz możemy oglądać na ekranach polskich kin. Zatem: marsz na seans! Bo niecierpliwie czekam na Wasze opinie.

Tagi:




Back to Top ↑